Szczawik zajęczy, czyli wpis z zaskakującą puentą

szczawik

Moja siostra dojrzała do kupna działki. Nikogo to nie zdziwiło, bo w całej naszej rodzinie, nawet szeroko pojętej, wszystkim wcześniej czy później działa na wyobraźnię własność ziemska. Ruszyliśmy więc z rodzinną solidarnością. Najpierw zasypaliśmy ją i szwagra pochwałami i utwierdzeniami: „to świetna myśl, to superpomysł, koniecznie działajcie!”. Potem nastąpiły dopytywania: a gdzie, a która, a po ile chodzą. Kiedy zaś stało się jasne, że nasza rodzinna solidarność działa jeszcze szybciej niż siostra z mężem, trzeba było ich wesprzeć.

W niedzielę, dzień umiarkowanie handlowy (chyba że liczyć po starozakonnemu, wtedy tuż po szabasie – doskonały) zgromadziliśmy się w trzy pokolenia przy obiedzie i choć nie było doń ni krztyny alkoholu, żeby się nakręcić – odczuliśmy przemożną chęć obejrzenia JAKIEJŚ DZIAŁKI. Akurat po drodze do babci mijaliśmy parę z ogłoszeniami „sprzedam”, wytypowaliśmy więc najlepszą i zadzwoniliśmy.

No owszem, na sprzedaż.

Tak, właściciele mogą podjechać jeszcze dzisiaj pokazać.

Na oględziny wybraliśmy się wszyscy bez wyjątku – cztery komplety ludzi, jeśli za kryterium przyjąć mieszkanie pod jednym dachem.

Działka… No, miała jakieś zalety. Miała też Bardzo Dużo Nasadzeń. Poczynionych wiele lat temu i nieupilnowanych. W efekcie wszystko latami rosło we wszystkie możliwe strony, wzwyż i wszerz, tak że dla gospodarzy (i naszego licznego grona) do dyspozycji pozostały wąskie przesmyki przestrzeni. A i tam często trzeba było przemykać ze schyloną głową.

Gospodarz był nic a nic niespeszony.

– To największy dereń w mieście! – Pokazywał.

Na działce były także prawdopodobnie największe tuje w mieście, największe sosny azjatyckie, największe jałowce, cyprysy i wszelkie inne iglaki. Kwestię trawy pod nimi wypada dyskretnie przemilczeć.

– A to co jest? – spytałam, wskazując na gigantyczny, wielometrowy krzew niekojarzący mi się z niczym.

– Aronia – odparł pan. – Bardzo dużo jej przetwarzamy.

Tylko jak ją zrywają?… Na drabinach strażackich?!

Podziękowaliśmy i gęsiego, ścieżynkami wśród zarośli, odnaleźliśmy drogę do furtki.

Siostra ze szwagrem szukają dalej, rodzina nadal ogromnie się angażuje. Ja dziś wróciłam do siebie po tygodniu wakacyjnego krążenia między teściową, mamą i siostrą.

Przed każdą posesją na ulicy stały wiązki gałęzi i wory ze skoszoną trawą.

– Oho – myślę – dziś wywóz zielonych odpadów! Trzeba by coś uszykować i od nas.

Wystawiłam przed furtkę dwa wory skoszonej przed paroma dniami trawy.

Ale było mi mało.

Rozejrzałam się podejrzliwie po ogrodzie. Ma on gospodarza, co się zowie, więc nic nie wołało o pomstę do nieba. Tuje niskie i wyrównane po bokach „lisim ogonem”. (Wiem, że tak się nazywają te nożyce, bo to chyba jedyny sprzęt ogrodniczy, który sama kupowałam). Trawa, jak się rzekło, przycięta. Wielkich drzewiszczy nie mamy.

Zmieniłam więc ogniskową spojrzenia ze skali „makro” na „mikro”. Innymi słowy przyjrzałam się swojej rozległej rabacie.

Ho, ho, ho!

U zarania ogrodu postanowiliśmy, że będzie on bardziej angielski niż francuski. Rośliny mają się bujnie przenikać, przekwitać jedne, by zaraz w tym miejscu rozkwitały nowe. Do tego z zapałem neofity sadziłam wszystko jedno przy drugim (patrz: bujne przenikanie), jakby w obawie, że rozrastanie się zajmie tym biedulkom pół mojego życia. Tymczasem po jednym sezonie, dzięki żyznej glebie i szczodrej pielęgnacji (patrz hasło: gospodarz) przyroda jęła nie tylko się przenikać, ale też zagłuszać oraz wzajemnie zjadać.

Wytężyłam wzrok w poszukiwaniu winnego – i oto już go miałam:

szczawik zajęczy.

Wiele lat temu, jeszcze mieszkając w bloku i w temacie nasadzeń dysponując jedynie balkonem, kupiłam na ryneczku w Markach maleńką doniczkę szczawiku zajęczego. Wdzięczna ta koniczynka wnet pokryła wszystkie balkonowe doniczki, ciesząc oko żółtymi kwiatkami i liśćmi w serduszka.

Do nowego domu też przeniosła się z nami wiernie, uśpiona zimowo w resztce ziemi w którejś z balkonowych skrzynek.

Jakże mnie ucieszyła pierwszej wiosny, gdy maleńkie zielone serduszka obudziły się jeszcze nim kupiłam bratki! Pieczołowicie przeniosłam kilka kępek na rabatę i cieszyłam się, jak ładnie wypełnia każdą wolną przestrzeń.

– Angielski ogród – myślałam z zadowoleniem. – Ani krzty widoku gołej burej ziemi, wszędzie albo trawa, albo kwiaty, albo szczawik!

Dzisiejszego sądnego dnia postanowiłam oddać sprawiedliwość proporcjom. „Szczawik, trawa, kwiaty” – jeśli kierować się ilością, powinna niestety wystąpić ta kolejność. Szczawik wzniósł się już ponad lawendę i różę, oplótł wszystkie miodunki, okrążył największy bukszpan. Przesiał się także we wszystkie pozostałe zakątki ogrodu. Tam, gdzie naprzynosiłam z lasu barwinków rośnie szczawik, w poziomkach – szczawik, w borówce – szczawik.

Kilka godzin później do dwóch worków trawy dostawiłam trzy kolejne (!!!) wypchane po brzegi zielonymi listeczkami.

Mnie zaś wypycha poczucie winy, że się pozbyłam gorliwego przyjaciela.

– Jakaż do tego wpisu będzie puenta??? – zachodzicie pewno w głowę.

A zaskakująca.

Otóż, Mili Czytelnicy, dbajmy o zdrowe proporcje.

Wcale nie w ogrodach. W życiach!

Płatkowska

szczawik2

Reklamy

Spider-Woman

Kilka dni temu przeczytałam serię artykułów na temat nierówności w wynagradzaniu kobiet i mężczyzn zatrudnionych w BBC. Sam temat, choć bolesny, znany przecież od lat. A jednak wzbudził żywą dyskusję, do czego zapewne przyczynił się komentarz Philipa Hamptona, prezesa firmy farmaceutycznej i doradcy rządu: „Jak to możliwe, że w BBC te inteligentne, mające władzę i nieraz onieśmielające kobiety znalazły się w takiej sytuacji? One teraz patrzą po sobie i pytają: >>Jak na to pozwoliłyśmy?<<””. I dodał: „Nigdy, ale to nigdy kobieta nie poprosiła mnie o podwyżkę”.

A chwilę później fragment wywiadu z „Twojego Stylu” – rozmówczynią była sędzia Monika Nawara-Chodak. TS pyta: „A czy sąd odkurza, wstawia pranie?”. Sędzia odpowiada: „Wszystko robi. Pierze, sprząta, gotuje. Ostatnio dosyć zmęczona po całym dniu pracy stwierdziłam, że w domu nie ma bułek. Mówię do męża: >>Krzysiu, idź po pieczywo, nie mam siły<<. A on, nawet głowy nie podnosząc znad komputera, odpowiada: >>Nie planowałem tego<<. Ja na to: >>Ale planowałeś jeść<<. I cisza. Ponieważ jednak ja i dzieci też planowałyśmy jeść, poszłam po bułki. Polska Temida jest kobietą”.

Cóż, świat nie jest nastawiony równościowo, nie tylko, jeśli chodzi o kobiety i mężczyzn. Wydaje mi się jednak, że największą przeszkodą na drodze do równouprawnienia kobiet są same kobiety. Od wczesnego dzieciństwa nasiąkają przekazem o tym, że kobieta jest płcią słabszą, delikatniejszą, skromniejszą. Moja córka Jaga przyjaźni się w przedszkolu z kolegami. Wciąż opowiada o Adrianie, Franku i Dawidzie. Że latali w kosmos, huśtali się na drzewie, walczyli ze smokami. Nie spali podczas leżakowania, bo gadali. Odbieram Jagę z widocznymi oznakami dobrej zabawy – tu plama, tam brak gumki do włosów, wiecznie siniaki. Zagaduję o koleżanki. „Są”, mówi. Pytam, dlaczego woli kolegów. „Bo z nimi jest ciekawiej. I oni się nie boją, że pani będzie na nas zła, że wariujemy. A dziewczyny wciąż mówią: >>Tak nie można, pani nie pozwala<<”.

Nie mówcie dziewczynkom, żeby nie były chłopczycami. Nie przekonujcie: „Grzeczne dziewczynki tego nie robią”. Nie każcie im mieć zawsze schludnie uczesanych kucyków. Kupcie piłkę nożną albo ręcznik ze Spider-Manem. Nie wmawiajcie, że odpowiedni będzie balet a nie judo.

Teraz jest na to czas. Kiedy dorosną, będzie im o wiele trudniej.

Jeż

 

 

Choroba „matka”

Zachodzi obawa, że nasz blog zmienia oblicze z literackiego na parentingowy… Cóż jednak począć? Miało być szczerze i aktualnie, a dzieci i tematy dzieci absorbują nas z wciąż nową siłą… Zresztą po Waszym odzewie – liczbie odsłon, komentarzach, polubieniach i prywatnych wiadomościach – widzimy, że Was także.

A zatem…

Tesia poszła do żłobka. Akcja została przeprowadzona modelowo: do placówki zaprowadził ją tata, bo było jasne dla wszystkich, że mama szlochałaby bardziej niż dziecko, podsłuchiwała pod drzwiami, przedłużała w nieskończoność nieodjeżdżanie spod budynku, wypatrywała przez ogrodzenie, czy dzieci wyszły do ogrodu, czujna na każde najmniejsze podejrzenie, że dziecko cierpi.

Dziecko cierpiało (chyba) niewiele. Płakało mało, bawiło się chętnie. Zjadło obiad i poszło na leżakowanie. I tak każdego kolejnego dnia. W piątek „namalowało” pierwszą pracę plastyczną – żaglówkę. Na pytania, jak jest w żłobku, odpowiada, że fajnie. Zapytane, czy jutro też pójdzie, przytakuje ochoczo.

Tak minął pierwszy tydzień. Mama wróciła z objazdowych spotkań autorskich i nowa rzeczywistość, relacjonowana jej dotąd przez telefon i wideokonferencje, i dla niej stała się faktem. W weekend mama myślała sobie o nadchodzącym tygodniu. Że będzie inny od wszystkich z ostatnich 20 miesięcy. Mama, żeby pisać książki, nie będzie musiała wstawać o 5.00. Celować w Tesiną drzemkę. Prosić o pomoc uczynną sąsiadkę. Naraz przed mamą otworzyła się opcja „wiele godzin wolnego dziennie”. Starsza córka na obozie jeździeckim. Młodsza w żłobku. Mąż w pracy. Całe morze dni do zagospodarowania literami, wersami, stronami, arkuszami autorskimi.

W niedzielę wieczorem Tesia pokazuje mamie, w co się bawili. Że były tańce z trzymaniem za ręce, śpiewy, a potem wyciszanie: „cśśśśśśś…”.

Mama zasypia spokojnie, myśląc, że oto nadszedł fajny czas powrotu do dorosłych zajęć.

W poniedziałek rano Tesia i tata budzą się z werwą i szykują do żłobka i pracy.

Mama budzi się chora. Boli ją gardło, głowa, łamie w kościach.

Grypa? Latem?!… Ależ nie. To choroba „matka” – przedsmak syndromu pustego gniazda, starość w pigułce – małej, lecz gorzkiej. Uczucie pustych rąk, ciszy w domu, bezsensu i niepotrzebności. Oraz reakcja zmęczonego organizmu, któremu naraz ujęto adrenaliny.

Mama poszła na spacer z psem, na którym długo sobie tłumaczyła, jaka jest durna. Jaka powinna być szczęśliwa, że jej kruszynka tak świetnie sobie radzi. Że powinna brać z niej przykład. Potem wróciła do domu, zrobiła sobie herbaty z cytryną i imbirem (gardło ciągle boli) i otworzyła w laptopie konspekt nowej książki.

Na dobre jednak pocieszała ją zgoła inna myśl. Już za trzy miesiące urodzi się trzecia kruszynka. Znów będzie mała i nieporadna, a ona, mama znów będzie niezbędna i uziemiona, karmiąca piersią i pochłonięta macierzyństwem w potrójnej odsłonie…

Tak… „Mama” to nieuleczalna choroba.

 

Płatkowska

Nie temperuj ołówków

Dwa lata temu postanowiłam zmienić zawód. Znajomi spoza branży, którzy już wcześniej nie mogli pojąć, jak to jest, że ktoś mi płaci za czytanie ze zrozumieniem (co za niepoważna praca…), oniemieli całkowicie, gdy usłyszeli, że teraz będę pisać. Redaktorka brzmiało podejrzanie, pisarka – no już zupełna fanaberia.

Nie jestem wystrzelona w kosmos; to nie było tak, że marzenie pojawiło się w poniedziałek, a we wtorek rzuciłam robotę i poszłam się spełniać. Od dwudziestu prawie lat zajmuję się książkami, ale do niedawna z tylnego rzędu, odtwórczo. Myśl, by zmienić stronę biurka, stała się w końcu tak natrętna, że nie dało się jej zlekceważyć.

Wahanie było, w końcu nie jestem sama – rodzina wymusza rozsądek, hamuje szaleństwo. Mąż wspierał, co ważne. Intuicja podszeptywała, by się odważyć. Najmocniej jednak przemówiła znajoma, która zapytała: „A co byś chciała powspominać, gdy już będziesz na emeryturze: że miałaś schludne biurko w korpo i równo zatemperowane ołówki, czy że coś w życiu przeżyłaś?”. To był kubeł zimnej wody – bardzo plastycznie wyobraziłam sobie swoją frustrację za lat dwadzieścia, gdy zacznę podsumowywać życie zawodowe.

A potem, kiedy wyobrażenie i marzenie przemieniły się w namacalną rzeczywistość i poczułam, jak to jest robić coś, co tak bardzo nęci i kręci, to jakbym się znalazła w zupełnie innej rzeczywistości.

„Odważ się marzyć”. „Nie bój się zmian”. „Wsłuchaj się w siebie”. Jeszcze nie tak dawno temu takie zdania traktowałam jak frazesy z poradników motywujących. Dziś jestem dla nich łaskawsza. Własne doświadczenia to jedno; druga refleksja płynie z życia innych. Podczas spotkań z czytelnikami często słyszymy z Pauliną podobne historie: nie lubię swojego życia, chciałabym je zmienić, ale się boję. Ale może się da, skoro wam się udało?

Dziś już z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć: da się. A najgorsze jest niezdecydowanie – nic tak nie uwiera, jak nie podjęta decyzja. Rozmyślanie, co by było, gdyby, wciąga jak grząskie piaski.

Recepta jest prosta: podejmij decyzję. Just do it.

Jeż

 

Kochać po równo — Blog życiowo-literacki

Kochanie własnych dzieci to najłatwiejsza rzecz pod słońcem. Sprzyja wszystko: biologia z silnym instynktem rodzicielskim, mile nam pochlebiające podobieństwo dzieci do nas samych – i to w takiej ładnej, młodej, wygładzonej, niewinnej formie, a także ich rozczulająca kruchość, maleńkość, nieporadność. Skomplikujmy więc trochę sytuację. Pomnóżmy dziecko przez dwa, trzy lub cztery. Zaprawmy różnymi temperamentami, potrzebami, […]

via Kochać po równo — Blog życiowo-literacki

Kochać po równo

Kochanie własnych dzieci to najłatwiejsza rzecz pod słońcem. Sprzyja wszystko: biologia z silnym instynktem rodzicielskim, mile nam pochlebiające podobieństwo dzieci do nas samych – i to w takiej ładnej, młodej, wygładzonej, niewinnej formie, a także ich rozczulająca kruchość, maleńkość, nieporadność.

Skomplikujmy więc trochę sytuację. Pomnóżmy dziecko przez dwa, trzy lub cztery. Zaprawmy różnymi temperamentami, potrzebami, zazdrością. Zakładając, że nie powiłyśmy czworaczków, dzieci będą w różnym wieku. Najmłodsze są nierozumnymi bobasami, najstarsze – powiedzmy nastolatkami z własnym, butnym i przemądrzałym zdaniem na każdy temat, pryszczami i rozchwianymi emocjami. Dla jeszcze większego zamieszania dodajmy wariant: różni ojcowie.

Przeczuwamy kłopoty? – Słusznie przeczuwamy. Oto bowiem rzecz z najłatwiejszej pod słońcem niepostrzeżenie zmienia się w prawdopodobnie największe wyzwanie życia, wymagające kompetencji, dyplomacji, siły woli, hartu ducha, cierpliwości, konsekwencji, opanowania… Właściwie trudno powiedzieć, czego NIEwymagające.

 Być może istnieją gdzieś matki-anioły – mądre, dobre, kojące, cierpliwe i wielkiego miłosierdzia. Ja niestety się do nich nie zaliczam. Moje macierzyństwo – choć upragnione, świadome i wspaniałe, to raczej seria upadków niż wzlotów. Dobrych chęci i niezrealizowanych postanowień. Frustracji i poczucia winy.

Nie myślcie od razu, że moja rodzina to jakaś patologia, w której zwyczajowo dręczymy się fizycznie i psychicznie – nie, dzieci mam ponoć mądre i grzeczne, umyte i najedzone. Nie każda zachcianka jest spełniana – ale i to jest w normie. Gorzej ze mną. Nigdy nie doświadczyłam depresji poporodowej, za to mam wrażenie, że doświadczam chronicznych załamań macierzyńskich. Albo – mówiąc językiem korporacji – słabo przechodzę kolejne ewaluacje samej siebie.

Najpierw opętała mnie idea wynagradzania. Odszedłszy od pierwszego męża, usiłowałam być dla córki matką i ojcem zarazem. Mamą piekącą ciasteczka, szyjącą ubranka dla lalek, robiącą ozdoby na choinkę, czytającą na dobranoc, zabierającą na świeże powietrze, do przybytków kultury, na fajne wyjazdy. Jako ojciec byłam żartownisiem, niezmordowanym towarzyszem zabaw, dodającym odwagi na basenie i przed występami w przedszkolu.

Efekty były takie, że kilkulatka rosła nadmiernie ze mną zżyta. Rozpieszczona, niesamodzielna, płaczliwa, nie lubiła się dzielić, za to lubiła nad sobą użalać. To z kolei doprowadzało mnie do wybuchów szewskiej pasji. Jak może tego nie doceniać?! Jak może, po tym wszystkim, co jej daję, nie dać mi czasem świętego spokoju?!?

Może moje starania i reguły, które ustaliłam były nie takie jak trzeba? Może presja, by było doskonale wszystko psuła? – Dość rzec, że rodzina, którą stworzyłam chybotała się jak stół na trzech nogach.

Dziś ta sama dziewczynka ma przyrodnią siostrę, brata i jeszcze jedną siostrę w drodze. Jej mama przestała być matką-i-ojcem, jest kochającą żoną, stół stoi na czterech nogach. Czy to koniec kłopotów? A skąd!

Tym razem bowiem ulegam idei sprawiedliwości. Boję się komukolwiek w rodzinie uchybić, kogokolwiek odrzucić, sprawić, że ktoś poczuje się mniej kochany.

Efekt? – Nieustająca latanina, by wszystkich kolejno uszczęśliwiać. Z każdym spędzić konkretną dozę czasu. Każdemu spełnić jakąś potrzebę.

Dla przykładu najstarsza, z najlepszych siostrzanych pobudek, pragnie matkować, służyć za ukochany wzór, we wszystkim wyręczać. Młodsza ponad wszystko ceni wolność i samodzielność – a wzory generalnie ma gdzieś. Wtrąćmy też szczere, choć pewnie niepoprawne politycznie wyznanie, że dzieci obok cech rozczulających, mają także cechy rozczarowujące, których w sobie bądź w ich ojcu nie znosimy. Do tego worka trafiają też podobieństwa dziecka do niekochanego już byłego. Niezawinione a irytujące sposoby chodzenia, mówienia, trzymania długopisu, odgarniania grzywki; gestów, których nie lubiłyśmy, a które po rozstaniu nadal musimy oglądać w przeinaczonej, czasem karykaturalnej postaci.

Nie we mnie jednej jest też pewnie odruch obrony młodszego przed starszym – nawet jeśli to młodsze bezpardonowo leje starszego, nasz mózg głupio podpowiada, że to ono bardziej wymaga opieki.

A sprawiedliwość żąda swego…

Dodajmy do tego dwóch ojców z dwiema odmiennymi hierarchiami wartości i koncepcjami wychowania. Niepostrzeżenie stajemy się matką – wiecznym mediatorem między każdym a każdym w tej konstelacji; rozdartą nawet między własnymi koncepcjami wymagania i przyzwalania, żelaznej konsekwencji i odpuszczania.

Można oszaleć? Można.

Jak nie oszaleć?

Otóż podzielę się z Wami swoim zupełnie nowym, stosowanym ledwie od paru dni, acz całkiem obiecującym patentem.

Po pierwsze – raz na zawsze grubą kreską wykreśliłam swoją kandydaturę z walki o tytuł matki-anioła.

Po drugie – skończyłam sobie obiecywać, że od jutra będę dla swoich dzieci lepsza.

Zamiast tego podzieliłam moje życie z najdroższymi potworami na godziny. Godzina to odcinek, nad którym o wiele łatwiej zapanować niż nad całym długim obiecanym „jutrem”. Przez tę godzinę obiecuję sobie, że będę spokojna i pogodna. Tylko tyle. Nie: idealna, najlepsza na świecie – a jedynie: nie nakrzyczę, nie ubliżę, nie szarpnę, nie rozględzę się w długich wyrzutach.

Wyniki są… obiecujące. Gdy tylko czuję, że zaraz huknę, zerkam na zegarek, konstatuję: „Ach, już tylko 10 minut do końca tej godziny. Szkoda ją zmarnować” – i wyhamowuję.

Czytałam, że podobnie ogromne wyzwania dzielą sobie na lekkostrawne odcinki triatlończycy. Kto wie, gdzie mnie spotkacie, gdy już skończę nosić tę ciążę.

 

Płatkowska

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Horyzont jak guma

Ten wpis powstaje w połowie wakacji. Jest cudnie. Wyspa, szerokie plaże, bezkres błękitnego oceanu, orzeźwiająca bryza, zawsze słońce.

To oczywiście nastraja optymistycznie. Łatwo wypoczywać w takich okolicznościach przyrody.

Ale to tylko połowa szczęścia. Druga to mieszkający tu ludzie i wszystko to, co odmienne od pozawakacyjnej codzienności. Inne, inspirujące.

Bardzo lubię żyć takim nowym życiem. Podpatrywać, co robią sąsiedzi. Jak spędzają czas wolny. Co jadają na kolacje. Jakie są lokalne specjały.

Oprócz relaksu dla ciała jest też strawa dla ducha. Tu szczególnie miła. Okazuje się, że można wypoczywać bez straganów z badziewiem, gofrów, zapiekanek, głośnej muzyki, automatów, hałasu. Że prośba o zachowanie ciszy jest respektowana. Że śmietniki są używane. Że nikt nie „rezerwuje” sobie miejsca na plaży. Że ludzie są mili i pomocni. Że można się dobrze bawić bez alkoholu. Że nikogo nie obchodzi, jak inny wygląda, czy ma fałdy, jest topless lub odmiennej orientacji seksualnej.

Przed wyjazdem czytałam artykuł o „polskich enklawach” w zagranicznych miejscowościach turystycznych. Wszystko tam jest jak w ojczyźnie. Język, menu, filmy, zwyczaje. Może udałoby się to zrozumieć, gdybyśmy mieszkali w raju aniołami zasiedlonym.

Ale skoro jest, jak jest, to taki chwilowy nawet oddech, zmiana nie tylko krajobrazu, lecz także oglądu świata, mogłaby się okazać bardzo ożywcza. Po szoku i niedowierzaniu mogłaby się pojawić nieśmiała myśl racjonalizatorska: „A gdyby tak u nas…”

Horyzonty warto poszerzać. Wąziutkie dają marne widoki. Nie tylko na wakacjach.

Jeż

 

I had a dream

Zacznę jak Martin Luther King: miałam sen*.

W tym śnie biuro, jakich wiele. Sekretariaty, biurka, wykładziny, ciągi pokoi i korytarzy. Ludzie.

Grupa sympatycznie wyglądających urzędników ogląda i porównuje karty z kolorowymi projektami. Jeden z nich wygra, cieszą się, przyjacielsko szturchają, dogadują i żartują.

W głównym holu oprawca szykuje kobietę do tortur. Będą straszliwe i krwawe, z całym arsenałem przyprawiających o drżenie narzędzi.

Urzędnicy idą na lunch. Oprawca na chwilę chowa kobietę i łoże tortur, prawdopodobnie w jednej z licznych niewinnych białych szaf. Na jasnej wykładzinie widać ślady po kropelkach krwi. Starte, lecz uporczywe.

Potem akcja przenosi się na wojnę. Oprawca ma wstrząsającą maszynę z wielką siłą wyrzucającą naokoło gwoździe i inne drobne, ciężkie, ostre, metalowe elementy. Następnie przyprowadza torturowaną kobietę, którą zaraz zmieli w tej piekielnej maszynie na gładką krwistą masę.

Budzę się porażona i nie wiem, co myśleć.

A potem wiem.

Jestem  ś m i e r t e l n i e   z m ę c z o n a.

Na szczęście to już ostatnia prosta, Kochana Podświadomości. Urlop z Jeżem zaczynamy już POJUTRZE.

Czego i Wam, Mili Czytelnicy, życzymy.

 

Płatkowska

 

* Wiem, wiem. Luter miał raczej marzenie niż sen. No i marzył o czymś innym niż urlop.

Jeż jak kura

Zawsze bardzo lubiłam przysłowia. Ze względu na rym i rytm. Dlatego także, że ich sens nie wynikał literalnie z ich treści. Kiedy byłam mała, często zresztą nie rozumiałam tego sensu, ale podskórnie, intuicyjnie się go domyślałam.

Babcia lubiła mówić: „Daj kurze grzędę, a ona: wyżej siędę”. To było wypowiadane oskarżycielsko, krytycznie. Co mu się wydaje, gdzie się pcha, nie na to są zasady, by je łamać.

A ja zupełnie inaczej myślałam o tej kurze. Że ona jest ambitna, a ambicja to powód do chwały, a nie do przygany. I że przecież ta kura niczego od nikogo nie chce – sama sobie tę grzędę załatwi. Zatem jest to kura nie tylko marząca i planująca, ale i niezależna.

To przysłowie przypomniało mi się ostatnio, kiedy kilkoro znajomych, w krótkim odstępie czasu, pytało, jak się mam w swoim nowym życiu – pisarskim, nieetatowym.

Mam się bardzo dobrze. Wcześniej siedziałam w dużym kurniku z ustaloną strukturą dziobania. Karnie oddzielałam ziarna od plew, znosiłam piękne jaja i czegoś mi było smutno. Dobrałam się z drugą kurą-frustratką i razem pomyślałyśmy, że pragniemy rozwoju. Może pisanki z tych naszych jaj będziemy robić? Ozdoby z piór? Nie chcemy być już tylko odtwórcami, ale i twórcami. Czyli grzęda wyżej nam się zamarzyła.

Kura przełożona powiedziała, że takie rzeczy to nie w jej kurniku. A jak ten kurnik nam się nie podoba, to są inne.

Trochę lęku było, bo wiadomo – kurnik potrzebny, by nie wiało w kuper, mróz pazurów nie nękał, ziarno było w korytku. Ale tak całe życie na tej jednej grzędzie, bez nadziei?…

No więc jestem w innym kurniku. Kameralnym, z pięknymi żerdziami. Siedzę sobie wysoko, w luksusie, bez lęku, że spadnę albo mi coś brzydkiego na głowę kapnie. Wychodzę na zieloną trawę, by tam pazurem pogrzebać. Oddycham pełną piersią, znoszę jaja, kiedy chcę – a wszystkie „0”. Mam czas i pomysły na rękodzieło.

Nie bądźcie potulnymi kurami. Bądźcie kurami spełnionymi. Sięgajcie po wyższe grzędy.

Jeż

Pisarz, niedotykalski pieniacz

Wszyscy wiedzą, że pisarze to dziwacy. Może więc nie ryzykuję aż tak wiele, prezentując się dziś w złym świetle niedotykalskiego pieniacza.

Oto sytuacja ledwie sprzed godziny. Idę sobie z córkami na ryneczek. Ryneczek latem uwielbiam – te wonie, te kolory, te handlarskie przekomarzanki… Nastrój mam więc jak najlepszy. Zawsze też ulegam wrażeniu, że będzie tanio – lecz około szóstej torby okazuje się, że tanio nie będzie, bo czereśnie w tym roku nie obrodziły, truskawki wciąż trzymają cenę, młoda łagodna cebula jest droższa od starej jadowitej itd. Gdzieś w połowie zakupów muszę podejść z dziećmi do bankomatu.

Połowa miesiąca… Na rozliczenie tantiem trzeba jeszcze poczekać, za książkę kulinarną, nad którą pracowałam w zeszłym miesiącu, zapłacą mi w październiku – od razu tak zastrzegli. Kalkuluję w myślach, ile mogę wypłacić.

Nagle podchodzi do mnie fachowo brudna rumuńska żebraczka z równie fachowo umorusanym dzieckiem. Wszczynają zwyczajowe zawodzenie. Wytrzymuję.

Potem jednak zaczynają obłapiać.

Nie lubię być obłapiana. I nie lubię być umorusana. Spokojnie mówię więc dziecku, by odeszło i łagodnie – podkreślam, łagodnie – zdejmuję z siebie jego ręce i odsuwam.

Rumunka podnosi larum. We mnie w mig strzela fajerwerk gniewu.

– Nie życzę sobie i mam do tego prawo – mówię i to by wystarczyło. Ale pochodnia już płonie i nie daje tak łatwo się zgasić.

– Czego pani uczy to dziecko?!? Proszę się rozejrzeć wokół, wszyscy tu pracują, nikt nie żebrze!!! Dlaczego pani ma dostawać, a wszyscy inni zarabiają?!?

Starsza córka ciągnie mnie za rękaw.

– Wystarczy, mamo. Wystarczy, już jej powiedziałaś. Chodźmy.

Niestety Rumunka wchodzi w dyskusję, która podpala moją pochodnię dalej.

Jestem zła. Zepsuła mi humor. I jeszcze ten spektakl przy dzieciach.

Córka podlewa mnie kolejną porcją wody.

– To jest jej życie, a to twoje mamo. Obie macie prawo żyć tak jak chcecie.

Jakaś racja w tym jest, ale nie jestem całkiem przekonana. Miła pani z Ukrainy, która sprzedaje truskawki tuż koło bankomatu – schludna, uprzejma, siląca się na polszczyznę. Podobnie smagły Rosjanin z zegarkami. Oraz wszyscy handlujący wszędzie wokół. Oraz ubożuchne emerytki, co dyskretnie sprawdzają, czy mogą sobie jeszcze pozwolić na ciastko. Last but not least w tym wszystkim ja. Wykształcona, doświadczona, pracowita – i ciągle wyliczająca, na co w tym miesiącu mogę się szarpnąć, a na co nie. Porównująca ceny w sklepach z internetowymi. Polująca na okazje. Włączona w różne obiegi wymiany dziecięcych ubranek, butów i sprzętów z innymi mamami. Wszystko po to, by żyć uczciwie, a zarazem móc sobie czasem pozwolić na coś ekstra.

Córka na pewno ma rację – mamy z Rumunką inne życia. Może miałyśmy inne starty, inny potencjał. Ale czy można się tym tłumaczyć w nieskończoność? Czy jednak w którymś momencie życia należy wziąć za nie odpowiedzialność?

A może to faktycznie kwestia wyboru, który należy uszanować. W takim przypadku do listy moich przywar dopiszmy jeszcze: nietolerancyjna.

 

Płatkowska