Jak święty robi sobie z życia piekło

Parkuję pod kliniką weterynaryjną. Wyłączam silnik, zaciągam hamulec ręczny. A, jeszcze światła. Biorę torbę z siedzenia obok, bo mam w niej portfel i książeczkę szczepień. Podnoszę smycz z podłogi. „Fifka”, wołam. Żadnego poruszenia z tytuł, bo Fifki nie ma. Została w domu. Akurat jej do weterynarza nie zabrałam.

Szukam swojego telefonu. Nigdzie, jak kamień w wodę. Odnajduje się po dwóch godzinach. W lodówce, między suchą krakowską a żółtym serem.

Budzę się rano. Nie pamiętam, jaki jest dzień tygodnia. Ba, pory roku nie mogę sobie przypomnieć.

„Jeremi, jak Bartek ma na nazwisko”, pytam syna. „Mówiłem mamie z dziesięć razy. Naprawdę nie może mama zapamiętać?” No nie mogę.

Mam alzheimera lub inną chorobę degeneracyjną – samodiagnozuję się. Dzielę się tą smutną wiadomością z zaprzyjaźnioną panią doktor.

„A z czego pani tak wnosi?”

Opowiadam: że nie pamiętam, nie ogarniam, że za dużo i za szybko. I że kiedyś było inaczej.

„Bardzo dobrze rozumiem”, odpowiada pani doktor. I płynie zbieżna opowieść, jak to u niej było. Spokojnie, bez pośpiechu, choć korytarz daje znać, że pacjenci czekają. „Bo wie pani co, my nie jesteśmy stworzone do takiego pędu. Nas ewolucja chce widzieć jako miłą kobiecinę przed drewnianą chałupką, za którą sad, a obok nogi pies. A jedynym, o czym trzeba pamiętać, to żeby kupić świece, bo będzie ciemno. Dba pani o tę kobiecinę w sobie?”

Nie dbałam. Zajeździłam ją. Dowaliłam tyle, że miała garb i niestrawność. Kierat na okrągło.

Trudno się wyswobodzić. Mnie pomogła rozmowa z panią doktor i prosty przekaz od organizmu – koniec współpracy na moich warunkach. I jeszcze to, że się zorientowałam, że jestem  w wieku, kiedy śmierć już bierze z mojej półki.

Oddzielam sprawy ważne od mniej ważnych. Nie muszę już wszystkiego robić sama. Akceptuję, że będą rzeczy niezrobione. Daję sobie prawo do pobycia czasem tylko ze sobą.

W praktyce:

Przestałam odwozić najstarszą córkę do szkoły. Wraca też sama. Po drodze kupuje chleb, czasem odbierze siostrę z przedszkola.

Niczego nie szukam rano – zgubionej skarpety, pieniędzy na bilet, lektury. Na to był czas wieczorem. Nie ma – trudno.

Nie zaglądam do zeszytów. Na uwagę od nauczycielki, że brak pracy domowej, miło proszę, by dopytała o to u źródła, czyli syna.

Nie naciągam pleców, robiąc sobie w nocy, po praniu i sprzątaniu, pedikiur. Wizyta u podologa to całkiem przyjemna sprawa.

W handlu coraz więcej ubrań, których nie trzeba prasować. Korzystam z tego.

Pizza lub frytki z kurczaka też są jadalne. Nie zawsze musi trzydaniowy obiad z produktów eko.

Potrafię powiedzieć: „A teraz godzina dla mnie. Nie kroję jabłek, nie zawiązuję butów i nie będę rozdzielać, kiedy się pobijecie”.

Kobiecina ma się zdecydowanie lepiej. Wyprostowała się i oczy jej błyszczą. Pieniądze, które dawniej by zainwestowała w miejsce na cmentarzu, bo przeczuwała szybki koniec i nie chciała kłopotać bliskich, wydała na bilety lotnicze w ciepłe miejsce nad oceanem. I piękny kostium kąpielowy – nie potrzebowała go, ale chciała. No to ma.

Jeż

 

Reklamy

Oglądaj się na innych tylko w słusznych celach

 

 

Nie znoszę sztampowych tez typu „facet by tego nie ogarnął”. Lubię obie płcie, dobrze się czuję w obu towarzystwach i ta odwieczna rywalizacja, kto w czym jest lepszy, a kto z czym nie dałby rady trochę mnie nudzi, a trochę złości. Zwłaszcza że i wzorce ojcowsko-mężowskie mam pozytywne.

Ale…

Pięć dni temu trafiłyśmy z Jeżem w środowisko dotąd przez nas niezeksplorowane. Było to Forum Przedsiębiorczych Mam i już samo miejsce jego zorganizowania pachniało nam mokotowskim Mordorem. Pojechałyśmy z nastawieniem, że to my damy coś od siebie oraz że… no, może będzie ciekawie poznawczo.

Tymczasem…

Pierwsze, co nas uderzyło, to dobra organizacja. Wbrew obiegowym sądom o paniach wszystkie bloki tematyczne zaczynały się i kończyły punktualnie, mówione było z sensem i na temat, nawet do toalet nie było kolejek! Biłyśmy się z myślami, czy wziąć tam dzieci, koniec końców nie wzięłyśmy – a może szkoda. Bo akurat dzieci było multum, wszystkie z nami na sali w specjalnie wydzielonym dużym kącie, a opieka nad nimi na tyle sensowna, że jakimś cudem wszystkie były ciche i nieabsorbujące.

(Osobiście nie wiem, jak to się robi).

Drugie – to autentycznie ciekawe prelekcje. Ot, posłużmy się przykładem tylko jednej: sympatyczna, energiczna matka czwórki dzieci opowiada o tym, jak wymyśliła grę rodzinną, po skalkulowaniu ryzyka wyprodukowała ją sama, bezkosztowo załatwiła doń liczne patronaty medialne, w pięć lat sprzedała jej, bagatela, dziesiątki tysięcy, zgarnąwszy po drodze klika nagród, następnie wsłuchała się w siebie, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy dalsza sprzedaż gry jest tym, co chce robić, wyszło jej, że nie – zatem zatrudniła do tego pracownika, a sama dalej wymyśla gry, zarabiając wciąż na tej pierwszej.

(Jedna pociecha – nasze wystąpienie też sowicie chwalono).

Trzecie – to inspiracje. Tego się kompletnie nie spodziewałyśmy! Drogę już mamy obraną, chcemy pisać książki. Nie liczyłyśmy więc na żadne twórcze fermenty, a nawet ich nie oczekiwałyśmy. Bo po co? – Skoro wiemy, co chcemy robić?

A jednak. W toku kuluarowych rozmów dotarło do nas na przykład zawstydzające spostrzeżenie, że nie mamy dochodów pasywnych. A bardzo by nam się przydały.

(Na razie efektów nie widać, lecz czujemy, że jest to ziarno, które padło na podatny grunt naszej wyobraźni i potrzeb).

Wnioski?…

Fajnie było zobaczyć tyle kobiet dobrze radzących sobie w życiu, odważnych, wprowadzających zmiany, które same wymyśliły; bez kompleksów oraz – naprawdę!! – bez tej nutki dyskretnej zawiści, która jest naszą damską specjalnością.

I może faktycznie facetom brakowałoby determinacji, by przyjść na takie spotkanie jak większość uczestniczek: z dzieckiem, wózkiem oraz torbą pieluch / mokrych chusteczek / butelek / bananów / chrupków kukurydzianych / grzechotek – ale zostawmy te roztrząsania i jednak po prostu za radą poety róbmy swoje.

Oglądając się na innych tylko po pozytywne wzmocnienie.

Oraz inspirację.

 

Płatkowska

Dotknąć tego, co nas dotyka

Przed kilkoma tygodniami okazało się, że moja najstarsza córka znowu musi się rehabilitować. Nie dość, że wróciły – zażegnane, wydawałoby się – kłopoty zdrowotne, to trzeba będzie dopisać nową pozycję w budżecie (dużo zdrowia dla NFZ, przy okazji). A podczas pierwszej wizyty dodatkowa informacja – będę musiała uczestniczyć w terapii, by kontrolować w domu, czy Kalina dobrze wykonuje ćwiczenia i ewentualnie jej asystować. Żegnajcie zaskórniaki, żegnajcie wolne środowe wieczory. Samo zło, pomyślałam.

A tymczasem…

Fabiola, nasza rehabilitantka, idealnie wybrała swój zawód. Jest wyedukowana i doświadczona. I bardzo bezpośrednia – skraca dystans w minutę. W tej profesji to bardzo ważne. Rehabilitant przekracza barierę prywatności. Masuje, ugniata, rozciąga, naciąga, dotyka. Żeby były efekty, pacjent musi współpracować. Nie może się spinać.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Nastoletnie dziewczyny – już nie brzydkie kaczątka, ale jeszcze nie piękne łabędzie, mają morze kompleksów. Tu trądzik, tam fałdka, ciało się poci, pacha jakoś krzywo wydepilowana. A ktoś prosi, żeby się rozebrać, i to wszystko, skrzętnie skrywane, obnażyć. I to przy matce. Rany. Ja też trochę skrępowana, pomimo swojej otwartości. Małe dzieci tulimy, ściskamy, zagarniamy. Kiedy podrosną, ta łatwość fizycznego kontaktu gdzieś się gubi. Młoda kobieta obok mnie – moja córka – nagle zaczyna mnie peszyć. Zresztą ja sama czasem się peszę. Dopiero co siebie zaakceptowałam, polubiłam, to natura każe mi się mierzyć z upływem czasu, podsyłając nowe zmarszczki, obwisy i inne niedoskonałości.

„Napinasz. Od wzgórka łonowego. Nie wiesz, gdzie go masz? No tu masz – patrz na mnie. Dotknij. Trzeba się dotykać. Musisz mieć kontakt za swoim ciałem”.

„Dobra. Do tego ćwiczenia zdejmij koszulkę. Kalinka, daj spokój. Zobacz, ja też mam fałdę. Widzisz? Mama też na pewno ma. Agnieszka, masz?”

„Ty się nie martw, że masz ciemne włosy na nogach. Ja ci powiem, że w sezonie zimowym, kiedy nie mam umówionych randek z mężem, to wyglądam jak yeti. Babska, ludzka rzecz”.

Każde spotkanie z Fabiolą to nie tylko krok ku fizycznemu zdrowiu, ale i świetna sesja terapeutyczna. Czuję się jak w magicznym kobiecym kręgu: bezpiecznie i silnie. W te środowe wieczory naprawiamy plecy Kaliny i odnawiamy naszą fizyczną bliskość. Przeganiamy niepotrzebne kompleksy i uczymy się (samo)akceptacji. Kalina pewniejszym krokiem wchodzi w dorosłą kobiecość, mnie łatwiej jej w tym marszu towarzyszyć.

Jak coś się w życiu skrzywi (choćby i plecy), to po to, by jeszcze ładniej wyjść na prostą.

Jeż

O wolności i potrzebie słuchania

Przeglądając internet, trafiłam na reklamę zabawki przytrzymującej dziecku smoczek. Koniec nieprzespanych nocy! – krzyczała reklama. – Twój maluszek już nigdy nie zgubi smoczka podczas snu!

A ja się mocno wzdrygnęłam. Wszystko, co mi pachnie ubezwłasnowolnieniem, nawet w takim wymiarze jak przytrzymywanie noworodkowi smoczka w ustach, powoduje we mnie właśnie takie wzdrygnięcie. I zupełnie nieusprawiedliwiające wydaje mi się to, że mały człowiek niby niczego z tego okresu nie zapamięta. A jeszcze do tego udawanie, że przytwierdzony do smoczka pluszaczek jest dla dobra dziecka, a nie dla świętego spokoju rodziców – to już grubymi nićmi szyta obłuda.

Ciekawe, że choć mojej wolności szczęśliwie nic poważnego dotąd nie zagrażało, bardzo ją sobie cenię. Lubię decydować w sprawach błahych i ważnych, niekoniecznie sama i autorytatywnie, lecz chociaż WSPÓŁdecydować. Pomyślcie, jaka to przyjemność SAMOSTANOWIĆ!… Ten dreszczyk zadowolenia, kiedy idziemy na górski spacer i na rozstaju dróg z malowniczym słupem z tabliczkami wskazującymi dokąd i w jakim czasie można się stamtąd dostać – wybieramy, co dalej.

Oczywiście częściej mamy już uprzednio obmyślony plan, gdzie pójdziemy, lecz to nie zmienia faktu: wybraliśmy go. Jest nasz.

„Mieć wpływ” daje wiarę w swoje możliwości, wiatr w żagle, siłę, odwagę, przekonanie do tego, co się robi. Jako mama mam ostatnio nie lada zagwozdkę pod tytułem „do jakiego stopnia słuchać dziewięcioletniego dziecka i przystawać na jego propozycje”. Rzecz się tyczy długiego już kryzysu chodzenia do szkoły muzycznej. „Taka zdolna!!!” – trąbi tata i nauczyciele. „Nienawidzę tego” – piłuje dziecko. „Nie ma w tej szkole ucznia, który nie przechodziłby przez taki kryzys. Trzeba przetrzymać” – grono pedagogiczne wykazuje w tej koncepcji zadziwiającą zgodność. Tata tendencyjnie podsuwa artykuły o różnych Pendereckich, którzy dostawali pieniądze od dziadka, byle tylko ćwiczyć. A ja widzę dziecko ćwiczące bez pasji, rzępolące bez żaru, proszące, by machnąć ręką na zdolności i móc już tam nie chodzić.

I co?… A jak odpuszczę, a potem mi powie, że nie było we mnie wsparcia i zmarnowałam jej potencjał? Przekreślę w niej Pendereckiego i jedną z fajnych opcji wolnego zawodu?

Autorka Jeż właściwie w każdej naszej książce (dla przypomnienia – są już trzy!) przemyca prawdę o wolności i akceptacji w związku; o pięknie przyjmowania drugiego człowieka takim, jaki jest. Rzecz jasna z dziećmi, które mamy między innymi wychować, sprawa jest nieco „skomplikowańsza” – ale słuchajmy ich. Nawet jeśli czasem nie wiemy, co z tym fantem zrobić, jeśli się trzeba będzie myślowo pogimnastykować.

W ogóle słuchajmy siebie nawzajem, a nie tylko swoich wewnętrznych podszeptów i tego, co nam w słuchawkach przez kabel z telefonu gra.

 

Płatkowska

 

Kto się oprze pokusie, gdy padnie pytanie: „Powróżyć? Chcesz poznać przyszłość?”.

Dziś życiowo i literacko. Fragment naszej najnowszej powieści, w której wczoraj postawiłyśmy ostatnią kropkę.

„Marzena siedziała w fotelu i chłonęła każdy element otoczenia. Czuła się jak w kokonie – poduchy były tak miękkie, że zapadła się w nie jak cukier sypnięty na piankę cappuccino. Żeby wstać, będzie potrzebowała pomocnej dłoni. Chyba że zrobi swoim udom test na wytrzymałość i sprawdzi, czy dzięki wytrenowaniu doprowadzą ją do pionu. Na razie nie zamierzała jednak zmieniać pozycji. Dopiero co usiadła. Z trudnym do ukrycia zafascynowaniem przyglądała się wystrojowi wnętrza. Ściany były fioletowe. Żaden tam subtelny pastelowy wrzos – kolor dawał po oczach jak sutanna biskupa. W interesujący sposób kontrastował z wyposażeniem, które – podobnie jak fotel – było bordowe. Tę barwę miał mały stolik kawowy postawiony przy fotelu i duży kredens, na którym pyszniły się szklane kule. Różnej wielkości, w różnych kolorach, jednakowo błyszczące. Jest co polerować, pomyślała Marzena. I każdy odcisk palca widać, jak na tych szafkach, które mama powiesiła w kuchni. Uprzedzałam ją, ale…

– Gnida i łajdak.

– Słucham? – Marzena została gwałtownie przywrócona do rzeczywistości. Dość specyficznej rzeczywistości.

– Gnida i łajdak, kochanieńka. Nie ma co owijać w satynę czy tam w bawełnę. Innej bym tak od razu nie powiedział, ale widzę, że ty to zniesiesz. Zresztą po co masz się męczyć? Czas ucieka, trzeba gdzie indziej inwestować. – Wróż Ambroży z przepraszającym dobrotliwym uśmiechem rozparł się w fotelu. Przed nim, na dużym czarnym biurku, leżały karty. – Ósemka kier, no niestety, kochanieńka.

– Ósemka to chyba nie tak źle. To trzynastka przynosi pecha.

– A jednak wyparcie. No typowe wyparcie. Serce i mózg się bronią, kochanieńka. To normalne. Ale musisz się z tym zmierzyć. Ósemka kier to źle. Najgorzej. Zdrada. On ma inną. To potwierdzone i pewne.

– Ale kto? Mareczek? Mój mąż?

– Tak. Ósemka kier to karta playboya.

– No to niemożliwe, że Mareczek. Bo Mareczek…

Ślubny stanął jej przed oczami. Niski, jej wzrostu. Twarz okrągła, rysy niskopienne, zdecydowanie mazowieckie. Włosy jak u sznaucera, sztywne, każdy w inną stronę. Obcięte na zapuszczonego jeża. No, oczy ładne, to prawda. Błękitne. Można się w nie zapatrzeć – jak to jej się zdarzyło. Dalej: sylwetka masywna, z genów, nie z treningów. Szerokie barki, powoli dorównująca im talia. Mareczek mógł się jednak podobać, zwłaszcza, gdy się odezwał, bo miał taki aksamitny, niski głos. I ubierał się młodzieżowo. Ale żeby playboy?…

– Ileż razy ja już to słyszałem! Że taki ciapciak, kluska ciepła, że tylko kapcie i pilot. Nie, nie, kochanieńka. Żona po prostu najmniej widzi i dowiaduje się ostatnia”.

„Ludzie mówią, że życie to jest to, ale ja wolę sobie poczytać” – Cycero

Za nami Światowy Dzień Książki, przed nami – Warszawskie Targi Książki i inne imprezy okołoksiążkowe. Przed, pomiędzy, a zapewne i po – smutkiem napawające refleksje o nieczytaniu.

A poniżej cztery sytuacje – zupełnie różne, lecz ze wspólnym mianownikiem.

  1. „Świetnie wiem, z kim Tomek spędza w domu więcej czasu”, mówi mi koleżanka, do której córki przychodzi kolega z klatki, ów Tomek właśnie (dzieci w wieku przedszkolnym). „O, na przykład: bawią się w łazience. Ola szczoteczką do zębów prostuje włosy. Tomek goli się grzebieniem. To znaczy goli pachy i łydki. No i wszystko jasne”. Takie zabawy, powiedzenia i zachowania dużo mówią o środowisku, w którym dziecko się wychowuje: pokaż mi dziecko, a powiem ci, jak wygląda jego dom.
  2. Blog Ojciec: „Jak się okazało, wspólne odrabianie zadania z dzieckiem miało neutralny lub negatywny efekt na jego późniejsze wyniki w nauce – niezależnie od rasy rodziców, ich klasy społecznej czy wykształcenia. (…) Zarówno naukowcy z powyższego badania, a także setki lub wręcz nawet setki tysięcy pedagogów i psychologów dziecięcych zgadzają się co do jednej konkretnej czynności, która działa bardzo pozytywnie zarówno na rozwój umysłowy dzieci, jak i na rozwój więzi między rodzicem i dzieckiem. Chodzi o wspólne czytanie”.
  3. Wakacje w dobrym hotelu, przyjaznym rodzinie. Poza sezonem, więc większość gości to rodzice i dzieci. Jak się najmłodszych uspokaja, namawia do zjedzenia kolejnej łyżeczki zupy, pacyfikuje zbyt żywiołowe odruchy? Daje się telefon lub tablet. Technika analogowa, czyli książka – nieobecna. W obu pokoleniach.
  4. Zebranie w warszawskim gimnazjum. Wątek dotyczący języka polskiego. Wychowawczyni mówi, że ledwie garstka uczniów przeczytała „Krzyżaków”. Reakcja jednego z rodziców: „No, szanowni państwo, a państwo to czytaliście? Ja próbowałem i poległem, to co od dzieciaków wymagać?”.

Nieczytanie to wada genetyczna. Z nieczytającego domu pójdzie w świat nieczytające dziecko. Leczenie powinno obejmować całą rodzinę.  „Szacujemy, że w 90 proc. przypadków osoba, która pochodzi z domu, gdzie się czyta, będzie się w dorosłym życiu poruszać w świecie ludzi czytających” – mówi doktor Chymkowski, kierownik Pracowni Badań Czytelnictwa Biblioteki Narodowej.

Jasne, trudno być przekonującym, wymagając od dziecka czytania, jeśli samemu przerzuca się kanały w telewizorze – czytelnika może wychować tylko czytelnik.

Rodzicu, kup dwie książki – sobie i dziecku.

Jeż

Ginąca umiejętność krytyki

Dziś – o krytyce. Nikt jej nie lubi przyjmować. Wielu (ja!) ma niemały kłopot z jej wyrażaniem. Problem sprawia także dobór właściwego „aparatu krytycznego”, czyli oręża, które zamierzamy wytoczyć na… właśnie! Nie: na wroga. Na bliźniego. Gdybyśmy pamiętali, że ten poddany naszej krytyce człowiek po drugiej stronie biurka/mejla/słuchawki telefonu to nie wróg a bliźni, to może też uświadamialibyśmy sobie także, że często wystarczy go nieco subordynować, a nie z miejsca oskarżać i wytykać paluchem.

Ale zanika nie tylko owa stosowność, delikatność, właściwa miara u krytykującego. Zanika przede wszystkim – może wraz z etosem rzetelnej pracy, uczciwości, sumienności? – umiejętność przyjmowania krytyki w sposób godny, spokojny, ze wniesieniem się ponad oczywiste uczucie przykrości i zmuszenie się do namysłu, czy aby nie jest ona słuszna. Bardzo nielicznych stać na tę postawę. Krytyka przyjmowana jest bezrefleksyjnie jako atak, na który trzeba odpowiedzieć kontratakiem. Nie konstruktywnym poszukaniem rozwiązania, nie wyjaśnieniem swego punktu widzenia lub motywacji, tylko agresywnym „a u was biją murzynów” – żeby tylko oddalić zarzuty od siebie, przenieść uwagę krytykanta na cokolwiek innego.

Oczywiście nie każdy może pozwolić sobie na luksus widowiskowej wściekłości. Relacje szef – podwładny czy klient – telemarketer zawsze pozostaną w określonej względem siebie zależności. I tu jednak łatwiej pójść drogą na skróty i zamiast zastanowić się, czy zarzuty były zasadne – dać sobie upust ciężkim słowem, wylać gniew na czepialskiego szefa czy frustrację na głupiego klienta gdzieś poza ich zasięgiem. I znów bezrefleksyjnie. Znów oddalając zarzuty od siebie.

A przecież aby dyskusja rozwijała się prawidłowo i prowadziła do określonych wniosków, trzeba wieść ją świadomie i uważnie, z poszanowaniem rozmówcy. Podobnie ze współpracą. I wreszcie – podobnie z krytyką! Ona jest we wzajemnych relacjach potrzebna. Odpowiednio przyjęta, pomoże nam coś w sobie polepszyć.

Spróbujmy w formie ćwiczenia umysłowego pomyśleć o krytykujących jak o walecznych bojownikach o jakieś LEPIEJ. Bardzo rozmaite „lepiej”:

Ktoś zwraca uwagę właścicielowi psa, by ten po nim posprzątał.

Ktoś zwraca komuś uwagę, by nie śmiecił.

Ktoś zwraca komuś uwagę, by wywiązał się z obowiązków.

Ci czepialscy nie twierdzą, że sami są ideałami bez wad – ale na czymś im ZALEŻY. Pragną czystego trawnika, dobrze wychowanego młodego pokolenia, harmonijnie układającej się współpracy.

Czy to źle?…

A teraz ćwiczenie praktyczne. Obiecajmy sobie, że następnym razem, gdy dostaniemy od kogoś porcję krytyki, namyślmy się, czy nie ma w niej racji. Wytężmy się odrobinę i spójrzmy na siebie oczyma owego czepialskiego. A potem – spokojnie i rzeczowo – się do niej ustosunkujmy. Wyłączając emocje.

Może świat znów stanie się o małą cząstkę lepszy.

 

Płatkowska

 

Siwy dym

Czasy są coraz milsze dla kobiet. Jasne, do ideału jeszcze trochę brakuje, ale kierunek dobry i z trasy nie zbaczamy. Sufrażystki i emancypantki karczowały sobie ścieżynkę, my idziemy równiejszym duktem, utrwalając idee równouprawnienia. Coraz częściej, co bardzo mnie cieszy, dochodzą do tego hasła o sile kobiet, siostrzanych więzach i wspieraniu się. Fantastycznie, bo tu jest prawdziwa moc.

Nikogo już nie dziwi, że kobiety studiują fizykę kwantową na Politechnice, grają w piłkę nożną, są kierownikami na budowie lub wożą pasażerów tramwajami. Idą rano w szpilkach do korpo, zostawiając w domu swoje dziecko i jego ojca, który się nim zajmuje – dobrze. Wybierają zaangażowane macierzyństwo, odkładając plany zawodowe na przyszłość – też okej. Po sześćdziesiątce noszą miniówy i martensy – a czemu nie? Chodzą na czarno w strojach niezdradzających płci – bardzo proszę. Uwielbiają lakiery hybrydowe i tipsy – przyjemnie. Stawiają na naturalność i smarują się olejem z wiesiołka, nie używając żadnych kosmetyków do makijażu – świetnie. Mają wesołą gromadkę pacholąt – cudownie. Wybierają życie singla – wolność rządzi.

Jest miejsce dla każdej i na wszystko.

Prawie.

Od pół roku nie farbuję włosów. Bez ideologii, założeń, manifestów. Przez dwadzieścia lat zmieniałam ich kolor, a teraz przestałam. Po prostu.

Miałam loki, proste włosy, fale do ramion, jeża, heban, kasztan, rudość i blond. Przećwiczyłam wszystko.

Prawie.

Nie pokazywałam mojego naturalnego koloru, czyli soli z pieprzem, szpakowatego, popielatego, księżycowego.

Siwego.

A siwy – nawet jak na tolerancyjną wielkomiejskość – to jest za dużo.

Znajome ewidentnie mają problem ze srebrem na mojej głowie.

„Wszystko u ciebie w porządku?” „A, słuchaj, to tak specjalnie, czy nie masz kiedy pójść do fryzjera? Bo wiesz, ja bym ci mogła pofarbować w domu”. „Uczuliła cię farba?” „Daj spokój, to ci nie pasuje. Szczupła jesteś, zadbana i coś takiego na głowie”. „Postarza cię”.

A ja mam się świetnie. Ba, chyba nigdy wcześniej nie było mi tak dobrze – z samą sobą i światem obok.

Girl Power, Manifa łączy, Manifa bawi, Manifa ustrój naprawi, We Can Do It!, Nie składamy parasolek, Feminizm jest unisex.

Dodajmy jeszcze jedno hasło: siwy dym.

AJ

Jedenaste przykazanie

Niby wszyscy wiemy: nie należy oceniać innych. Zwłaszcza mijanych w życiu tylko przez mgnienie, o których wiemy najmniej. Naburmuszonej urzędniczki w okienku. Zbyt frywolnego jak na nasz gust sprzedawcy na targu. Złośliwego strażnika miejskiego. Nie znamy kontekstu ich postępowania, motywacji; nie wiemy, czy przypadkiem frywolnością nie próbują ukryć rozpaczy, czy złośliwość to nie strach przed szefem, a naburmuszenie nie jest w istocie bezsilnością nad chorym dzieckiem, gasnącym rodzicem, zobojętniałym mężem.

A jednak odruch jest silny – i w gruncie rzeczy nieunikniony. Oceniani jesteśmy wszędzie – w szkole, w pracy, przez znajomych i nieznajomych. Oceny są też potrzebne, choćby do dokonywania decyzji. Na jakiejś podstawie przecież musimy sobie wybrać narzeczoną, czyli oszacować, która z koleżanek najlepiej nam pasuje (lub najbardziej kręci), wyłonić nowego pracownika z chmary kandydatów, zaprzyjaźnić się lub przeciwnie, trzymać bezpieczny dystans.

Co do mnie – nie mam nosa do ludzi. Może zbyt mnie ponosi fantazja – wiadomo, ważna w fachu pisarza, lecz w życiu nieco przeinaczająca. Dopowiadam sobie o ludziach niestworzone historie, które, cóż – sporym łukiem mijają się z prawdą. Chybionych wstępnych ocen, korygowanych potem i naprostowywanych, było nieskończenie. Jedyna pociecha, że raczej nie obnoszę się ze swymi diagnozami, więc ich nietrafność przeżywam jedynie w głębi siebie, bez żadnego szwanku dla osoby źle ocenionej.

Dziś będzie o jednym przykładzie z okoliczności przychodzenia na świat mojej młodszej córki.

Oto oddział położniczy w Międzylesiu. Pięcioosobowa sala, do każdej ciężarnej przychodzi troskliwy sprawca w osobie męża, chłopaka; czasem na chwilę starsze dzieci; do jednej nieszczęśnicy tylko tata i siostra. Pośród tych zestawów jedna para szczególnie działa mi na nerwy. Są młodzi, ekspansywni i hałaśliwi – a są to trzy grzechy w mojej hierarchii niemal kardynalne. On siedzi u niej bez umiarkowania, olewając obchody, nocne cisze, intymność pozostałych dam. Do tego są bezmiernie wulgarni. Wszystkie plotki z miasta, które on jej przynosi, jak też wszelkie własne spostrzeżenia z funkcjonowania oddziału, ona kwituje donośnym „Ja jebię!”. Nawet ich postury odstręczają – są bezwstydnie rośli; zajmują sobą znaczną przestrzeń. Czy tego chcemy, czy nie, poznajemy ich poglądy, czułe słowa i prywatne sprawy. Ciężarna z odrazą mówi o karmieniu piersią. Z wypiekami opowiada o różnych zasłyszanych koszmarnych powikłaniach porodowych. Gdy dzwoni jej matka, pokrzykuje na nią i ostro odwodzi od pomysłów przyjeżdżania do szpitala.

Tak mija czas do porodów, a po nich, fatalnym zbiegiem okoliczności, na kilka długich dni lądujemy we dwie w ciasnej salce, gdzie nasze dzieci pod specjalnymi lampami miarowo pozbywają się żółtaczki.

Wszystko idzie nie tak. Młoda ma taki nawał mleczny, a jej synek tak wilczy apetyt, że ostatecznie składa broń i karmi go ogromnymi, nabrzmiałymi piersiami. Zarazem kameralna sala – a może świeżo odkryte macierzyństwo? – wyciszają, a wręcz uciszają nieco Młodą. Nadal wszystkiemu dziwuje się „ja jebię!”, ale na tym właściwie koniec.

Z wolna też poznaję jej motywacje.

Po pierwsze – wbrew moim przypuszczeniom wcale nie wpadli, tylko zaplanowali, że chcą mieć dziecko jak najwcześniej. „Rodzina to wielka wartość – mówi Młoda. – Zwłaszcza taka wielopokoleniowa, wielopoziomowa, liczna. Bardzo nam zależało, żeby mały poznał dziadków, pradziadków i nacieszył się jeszcze nimi możliwie długo. A oni żeby mieli wnuka, kiedy są jeszcze sprawni, żywotni, żeby te więzi zdążyły się nabudować”.

A więc świadoma decyzja. Punkt dla nich. I drugi za pogląd o rodzinie.

„Bardzo dużo czytałam o karmieniu piersią i o tym, co przedostaje się do dziecka z mlekiem matki. Czy wiesz, że każde mięso smażone w głębokim tłuszczu to dla dziecka, z jego niedojrzałym układem trawiennym, porcja potencjalnie rakotwórczych substancji?! Jeśli się to robi byle jak, nie zachowując zdrowej diety, można dziecku zrobić wiele krzywdy. Dlatego nie chciałam karmić piersią. Nie dowierzałam sobie, że będę taka zdyscyplinowana, żeby jeść tylko wartościowe rzeczy”.

Więc to takie buty. A nie zwykła niechęć do dania czegoś z siebie.

„Mieszkamy w bloku, w małym mieszkaniu, z teściową i młodszym bratem mojego chłopaka. Nie mogą się doczekać, kiedy wrócimy, bardzo się cieszą” – i jakby na potwierdzenie tych słów pseudoteściowa odwiedza Młodą i wnuka – dziarska, radosna, z wielką torbą chrupiących bułeczek i rogalików. Jesteśmy już wtedy w szpitalu na prawie rezydentek, nie pacjentek – czyli nie dostajemy posiłków, nie podlegamy opiece lekarzy, zajmują ich tylko nasze dzieci. Karmienie powoduje, że nieustannie skręca mnie z głodu, na szczęście Młoda to rozumie i solidarnie dzieli bułeczki na pół. „Częstuj się!” – mówi szczodrze, a w ja w myślach wykonuję kolejne rachunki sumienia za niesprawiedliwe osądy. Równie chętnie dzieli między siebie i mnie wycyganione skądś medykamenty do opatrywania pępowiny i ran połogowych. Nie jest bowiem wcale zamożna, jak się wcześniej mogło wydawać. Wszystko, co ma to raczej tak bardzo polska zaradność, zapobiegliwość, pomoc osławionej rodziny, skombinowanie.

Ma dwadzieścia lat.

Jaka byłam, mając dwadzieścia lat?

Otóż – głupia. Niedojrzała. I mentalnie było to bardzo dawno temu.

Na ten krótki w kontekście życia szpitalny czas zadzierzgnęłyśmy coś w rodzaju okolicznościowej przyjaźni, potem drogi rzecz jasna się rozeszły, by już nigdy nie zejść – czasem jednak wspominam tę dziewczynę jako jedną ze swoich bardziej spektakularnych wpadek w ocenianiu.

Puenta?

Oddawajmy bliźnim sprawiedliwość – niech to będzie przesłanie na ten przedświąteczny czas.

 

Płatkowska

 

Urodziny

Urodziny to szczególny dzień. Do solenizanta ze wszystkich stron płyną życzenia i podarki. To, czym nas znajomi obdarowują: słownie i rzeczowo, sporo mówi o naszych relacjach.

Dziś na przykład są moje urodziny. Zaczęłam je obchodzić już tydzień temu. Paulina poinformowała mnie, że we wtorek wieczorem wydarzy się niespodzianka. Zapytałam tylko: „Kreacja czy outdoor?”. „Kreacja”.

Okazało się, że to koncert w Trójce. „Makoto Kuriya – Samurai Jazz”. Z kimś mniej kompatybilnym pewnie bym się nie odważyła śmiać, że wirtuoz – przesympatyczny i bardzo uzdolniony – wygląda wypisz, wymaluj jak Czerepach vel Barciś w „Ranczu”. Łącznie z niepodrabialnym, wydawałoby się, kolorem włosów. Dalej było jeszcze lepiej. Paulina otworzyła przepastną torbę. Wyciągnęła z niej doczyszczony słoiczek po koncentracie pomidorowym, w którym przesypywał się perłowy pył. Nie, nie, nie – stymulantów radości nam nie trzeba. Nic z tych rzeczy. To drobniutko zmielone skorupki jaj znoszonych przez bardzo ekologiczne kury w Puszczy Kozienieckiej. „Dla ciebie, Jeżuniu. Żebyś się nie łamał. Zastrzyk złotego wapnia”. Tylko przyjaciel może dać taki prezent. A na koniec była knajpa. „Kultura, kulturą, ale najfajniej to sobie pojeść, cnie?”. Szczerość i zżycie highest level.

Dziś rano wpadła do mnie druga przyjaciółka. Nie było jej widać zza bukietu tulipanów. Spędziłyśmy przemiłą godzinę przy kanapkach z suchą krakowską popijanych białą herbatą. Zdążyłam się już umyć i ubrać, ale gdybym była jeszcze w szlafroku, bawiłabym się tak samo dobrze. I już wiem, kto ze znajomych się rozwodzi, kto żeni i co powiedziała wróżka. I że mam w Sulejówku najserdeczniejszą siostrę, choć nigdy nie miałyśmy wspólnego nazwiska i mitochondria całkiem różne. Milenko, love!

Mąż zabiera mnie dziś do ulubionej knajpki. A w niedzielę do teatru. Ale żeby to się stało, ktoś musi zostać z Jagodą. Agata i Hania, siostry, córki i pasierbice – zawsze mogę na nie liczyć. Podarowany czas – bardzo cenny prezent. Doszyta mocną nicią rodzina grzeje serce.

Jaga wręczyła mi plastikowe serce z koralików. I uścisk godny zawodnika sumo.

Kalina i Jeremi szykują rękodzieło. Trochę się wygadali, bo to jednak emocje, ale niespodzianka wciąż będzie.

Życzenia publiczne, w wiadomościach prywatnych, mejlowe i telefoniczne. Standardowe i bardziej spersonalizowane. Od starych znajomych z podstawówki i tych najnowszych, z którymi dopiero zaczynamy się kumplować. W każdym czuję pamięć, serdeczność i szczerość.

Warto się dla Was starzeć!