I had a dream

Zacznę jak Martin Luther King: miałam sen*.

W tym śnie biuro, jakich wiele. Sekretariaty, biurka, wykładziny, ciągi pokoi i korytarzy. Ludzie.

Grupa sympatycznie wyglądających urzędników ogląda i porównuje karty z kolorowymi projektami. Jeden z nich wygra, cieszą się, przyjacielsko szturchają, dogadują i żartują.

W głównym holu oprawca szykuje kobietę do tortur. Będą straszliwe i krwawe, z całym arsenałem przyprawiających o drżenie narzędzi.

Urzędnicy idą na lunch. Oprawca na chwilę chowa kobietę i łoże tortur, prawdopodobnie w jednej z licznych niewinnych białych szaf. Na jasnej wykładzinie widać ślady po kropelkach krwi. Starte, lecz uporczywe.

Potem akcja przenosi się na wojnę. Oprawca ma wstrząsającą maszynę z wielką siłą wyrzucającą naokoło gwoździe i inne drobne, ciężkie, ostre, metalowe elementy. Następnie przyprowadza torturowaną kobietę, którą zaraz zmieli w tej piekielnej maszynie na gładką krwistą masę.

Budzę się porażona i nie wiem, co myśleć.

A potem wiem.

Jestem  ś m i e r t e l n i e   z m ę c z o n a.

Na szczęście to już ostatnia prosta, Kochana Podświadomości. Urlop z Jeżem zaczynamy już POJUTRZE.

Czego i Wam, Mili Czytelnicy, życzymy.

 

Płatkowska

 

* Wiem, wiem. Luter miał raczej marzenie niż sen. No i marzył o czymś innym niż urlop.

Reklamy

Jeż jak kura

Zawsze bardzo lubiłam przysłowia. Ze względu na rym i rytm. Dlatego także, że ich sens nie wynikał literalnie z ich treści. Kiedy byłam mała, często zresztą nie rozumiałam tego sensu, ale podskórnie, intuicyjnie się go domyślałam.

Babcia lubiła mówić: „Daj kurze grzędę, a ona: wyżej siędę”. To było wypowiadane oskarżycielsko, krytycznie. Co mu się wydaje, gdzie się pcha, nie na to są zasady, by je łamać.

A ja zupełnie inaczej myślałam o tej kurze. Że ona jest ambitna, a ambicja to powód do chwały, a nie do przygany. I że przecież ta kura niczego od nikogo nie chce – sama sobie tę grzędę załatwi. Zatem jest to kura nie tylko marząca i planująca, ale i niezależna.

To przysłowie przypomniało mi się ostatnio, kiedy kilkoro znajomych, w krótkim odstępie czasu, pytało, jak się mam w swoim nowym życiu – pisarskim, nieetatowym.

Mam się bardzo dobrze. Wcześniej siedziałam w dużym kurniku z ustaloną strukturą dziobania. Karnie oddzielałam ziarna od plew, znosiłam piękne jaja i czegoś mi było smutno. Dobrałam się z drugą kurą-frustratką i razem pomyślałyśmy, że pragniemy rozwoju. Może pisanki z tych naszych jaj będziemy robić? Ozdoby z piór? Nie chcemy być już tylko odtwórcami, ale i twórcami. Czyli grzęda wyżej nam się zamarzyła.

Kura przełożona powiedziała, że takie rzeczy to nie w jej kurniku. A jak ten kurnik nam się nie podoba, to są inne.

Trochę lęku było, bo wiadomo – kurnik potrzebny, by nie wiało w kuper, mróz pazurów nie nękał, ziarno było w korytku. Ale tak całe życie na tej jednej grzędzie, bez nadziei?…

No więc jestem w innym kurniku. Kameralnym, z pięknymi żerdziami. Siedzę sobie wysoko, w luksusie, bez lęku, że spadnę albo mi coś brzydkiego na głowę kapnie. Wychodzę na zieloną trawę, by tam pazurem pogrzebać. Oddycham pełną piersią, znoszę jaja, kiedy chcę – a wszystkie „0”. Mam czas i pomysły na rękodzieło.

Nie bądźcie potulnymi kurami. Bądźcie kurami spełnionymi. Sięgajcie po wyższe grzędy.

Jeż

Pisarz, niedotykalski pieniacz

Wszyscy wiedzą, że pisarze to dziwacy. Może więc nie ryzykuję aż tak wiele, prezentując się dziś w złym świetle niedotykalskiego pieniacza.

Oto sytuacja ledwie sprzed godziny. Idę sobie z córkami na ryneczek. Ryneczek latem uwielbiam – te wonie, te kolory, te handlarskie przekomarzanki… Nastrój mam więc jak najlepszy. Zawsze też ulegam wrażeniu, że będzie tanio – lecz około szóstej torby okazuje się, że tanio nie będzie, bo czereśnie w tym roku nie obrodziły, truskawki wciąż trzymają cenę, młoda łagodna cebula jest droższa od starej jadowitej itd. Gdzieś w połowie zakupów muszę podejść z dziećmi do bankomatu.

Połowa miesiąca… Na rozliczenie tantiem trzeba jeszcze poczekać, za książkę kulinarną, nad którą pracowałam w zeszłym miesiącu, zapłacą mi w październiku – od razu tak zastrzegli. Kalkuluję w myślach, ile mogę wypłacić.

Nagle podchodzi do mnie fachowo brudna rumuńska żebraczka z równie fachowo umorusanym dzieckiem. Wszczynają zwyczajowe zawodzenie. Wytrzymuję.

Potem jednak zaczynają obłapiać.

Nie lubię być obłapiana. I nie lubię być umorusana. Spokojnie mówię więc dziecku, by odeszło i łagodnie – podkreślam, łagodnie – zdejmuję z siebie jego ręce i odsuwam.

Rumunka podnosi larum. We mnie w mig strzela fajerwerk gniewu.

– Nie życzę sobie i mam do tego prawo – mówię i to by wystarczyło. Ale pochodnia już płonie i nie daje tak łatwo się zgasić.

– Czego pani uczy to dziecko?!? Proszę się rozejrzeć wokół, wszyscy tu pracują, nikt nie żebrze!!! Dlaczego pani ma dostawać, a wszyscy inni zarabiają?!?

Starsza córka ciągnie mnie za rękaw.

– Wystarczy, mamo. Wystarczy, już jej powiedziałaś. Chodźmy.

Niestety Rumunka wchodzi w dyskusję, która podpala moją pochodnię dalej.

Jestem zła. Zepsuła mi humor. I jeszcze ten spektakl przy dzieciach.

Córka podlewa mnie kolejną porcją wody.

– To jest jej życie, a to twoje mamo. Obie macie prawo żyć tak jak chcecie.

Jakaś racja w tym jest, ale nie jestem całkiem przekonana. Miła pani z Ukrainy, która sprzedaje truskawki tuż koło bankomatu – schludna, uprzejma, siląca się na polszczyznę. Podobnie smagły Rosjanin z zegarkami. Oraz wszyscy handlujący wszędzie wokół. Oraz ubożuchne emerytki, co dyskretnie sprawdzają, czy mogą sobie jeszcze pozwolić na ciastko. Last but not least w tym wszystkim ja. Wykształcona, doświadczona, pracowita – i ciągle wyliczająca, na co w tym miesiącu mogę się szarpnąć, a na co nie. Porównująca ceny w sklepach z internetowymi. Polująca na okazje. Włączona w różne obiegi wymiany dziecięcych ubranek, butów i sprzętów z innymi mamami. Wszystko po to, by żyć uczciwie, a zarazem móc sobie czasem pozwolić na coś ekstra.

Córka na pewno ma rację – mamy z Rumunką inne życia. Może miałyśmy inne starty, inny potencjał. Ale czy można się tym tłumaczyć w nieskończoność? Czy jednak w którymś momencie życia należy wziąć za nie odpowiedzialność?

A może to faktycznie kwestia wyboru, który należy uszanować. W takim przypadku do listy moich przywar dopiszmy jeszcze: nietolerancyjna.

 

Płatkowska

 

 

Jak święty robi sobie z życia piekło

Parkuję pod kliniką weterynaryjną. Wyłączam silnik, zaciągam hamulec ręczny. A, jeszcze światła. Biorę torbę z siedzenia obok, bo mam w niej portfel i książeczkę szczepień. Podnoszę smycz z podłogi. „Fifka”, wołam. Żadnego poruszenia z tytuł, bo Fifki nie ma. Została w domu. Akurat jej do weterynarza nie zabrałam.

Szukam swojego telefonu. Nigdzie, jak kamień w wodę. Odnajduje się po dwóch godzinach. W lodówce, między suchą krakowską a żółtym serem.

Budzę się rano. Nie pamiętam, jaki jest dzień tygodnia. Ba, pory roku nie mogę sobie przypomnieć.

„Jeremi, jak Bartek ma na nazwisko”, pytam syna. „Mówiłem mamie z dziesięć razy. Naprawdę nie może mama zapamiętać?” No nie mogę.

Mam alzheimera lub inną chorobę degeneracyjną – samodiagnozuję się. Dzielę się tą smutną wiadomością z zaprzyjaźnioną panią doktor.

„A z czego pani tak wnosi?”

Opowiadam: że nie pamiętam, nie ogarniam, że za dużo i za szybko. I że kiedyś było inaczej.

„Bardzo dobrze rozumiem”, odpowiada pani doktor. I płynie zbieżna opowieść, jak to u niej było. Spokojnie, bez pośpiechu, choć korytarz daje znać, że pacjenci czekają. „Bo wie pani co, my nie jesteśmy stworzone do takiego pędu. Nas ewolucja chce widzieć jako miłą kobiecinę przed drewnianą chałupką, za którą sad, a obok nogi pies. A jedynym, o czym trzeba pamiętać, to żeby kupić świece, bo będzie ciemno. Dba pani o tę kobiecinę w sobie?”

Nie dbałam. Zajeździłam ją. Dowaliłam tyle, że miała garb i niestrawność. Kierat na okrągło.

Trudno się wyswobodzić. Mnie pomogła rozmowa z panią doktor i prosty przekaz od organizmu – koniec współpracy na moich warunkach. I jeszcze to, że się zorientowałam, że jestem  w wieku, kiedy śmierć już bierze z mojej półki.

Oddzielam sprawy ważne od mniej ważnych. Nie muszę już wszystkiego robić sama. Akceptuję, że będą rzeczy niezrobione. Daję sobie prawo do pobycia czasem tylko ze sobą.

W praktyce:

Przestałam odwozić najstarszą córkę do szkoły. Wraca też sama. Po drodze kupuje chleb, czasem odbierze siostrę z przedszkola.

Niczego nie szukam rano – zgubionej skarpety, pieniędzy na bilet, lektury. Na to był czas wieczorem. Nie ma – trudno.

Nie zaglądam do zeszytów. Na uwagę od nauczycielki, że brak pracy domowej, miło proszę, by dopytała o to u źródła, czyli syna.

Nie naciągam pleców, robiąc sobie w nocy, po praniu i sprzątaniu, pedikiur. Wizyta u podologa to całkiem przyjemna sprawa.

W handlu coraz więcej ubrań, których nie trzeba prasować. Korzystam z tego.

Pizza lub frytki z kurczaka też są jadalne. Nie zawsze musi trzydaniowy obiad z produktów eko.

Potrafię powiedzieć: „A teraz godzina dla mnie. Nie kroję jabłek, nie zawiązuję butów i nie będę rozdzielać, kiedy się pobijecie”.

Kobiecina ma się zdecydowanie lepiej. Wyprostowała się i oczy jej błyszczą. Pieniądze, które dawniej by zainwestowała w miejsce na cmentarzu, bo przeczuwała szybki koniec i nie chciała kłopotać bliskich, wydała na bilety lotnicze w ciepłe miejsce nad oceanem. I piękny kostium kąpielowy – nie potrzebowała go, ale chciała. No to ma.

Jeż