Kuchnia, serce kobiety

Wizyta u przyjaciółki. Znam ją 15 lat. Nigdy nie była tak nienaturalnie osowiała jak w ostatnim roku.
Siedzimy w ładnej kuchni, przy dużym stole. Bardzo lubię te wizyty nieoficjalne, robocze, wpadnięcia, szybkie kawy. Salon ma piękny, ale kuchnia jest… same wiecie. Kuchnia to serce kobiety, nie tylko domu. I nie tylko serce. Także kobiece pośpiechy, by jak najprędzej wyżywić domowników, eksperymenty, o które łatwiej w kuchni niż w życiu, rozmyślania nad przetworami, przepędzanie złości przez zawzięte szorowanie zlewu. Czasem i łza uroniona gdzieś pośród krzątaniny, i szybko obtarta czym popadnie. Kuchnia jako kobieca wymówka, kryjówka, błogosławieństwo, przekleństwo. Południowcy uważają zaproszenie gościa do kuchni za dowód zaufania.
Siedzę więc sobie w dowód zaufania w kuchni przy stole – i nagle z przyjaciółki wypływa o tym, co boli. A boli ją gniazdo, które niedawno stało się puste. Boli tak, że zatruwa.
– Te wszystkie: „mama, co na obiad?”; „Mama, gdzie jest … ?”. Te, co tak wkurzają, gdy się dzieją. Irytujemy się wtedy. Gderamy. „Tylko do tego jestem wam potrzebna: opierania, gotowania, wskazywania rzeczy zagubionych”. A teraz? Ile bym dała, żeby tak dalej wpadali…
W całym domu cisza.
Pomyślcie o tym. Ile jest w codzienności tych drobinek, niedogodności, nudnej rutyny, na które fukamy, utyskujemy, zżymamy się. Pozwolimy się zatruwać własnymi reakcjami – my, ogólnie, ze mną włącznie. Może to nie są zła konieczne, tylko błogosławieństwa? Mieć dla kogo gotować. Po kim zbierać kredki. Kogo wysłuchiwać. Komu wietrzyć pościel, by mu się miło spało. A gdyby tak robić to bez nerwów? Polubić tych, których kochamy?…
PP
Reklamy

Czerwony pasek dla matki

„Naprawdę jest coś ważniejszego niż odrabianie lekcji?” ; „Gdybyś się wcześniej do tego zabrała, to teraz by nie było problemu, ale nie, ty wiesz lepiej”; „Ja w twoim wieku…”.

Kto tak jęczał jak zdarta płyta? Ja. Komu? Córce. Wstyd? Tak.

Kiedy urodziłam Kalinę, przeczytałam wiele poradników na temat rodziciestwa. Wchłonęłam teorię, choć przecież nie musiałam – moja córka będzie taka jak ja. A skoro tak, to instrukcja obsługi mi niepotrzebna. Moje oczy, moje włosy, moja twarz. Taka do mnie podobna. Więc będzie się pilnie uczyć, po szkole od razu siadać do lekcji i zastanawiać, czym by tu jeszcze matkę ucieszyć. I, proszę, zdziwienie – Kalina nie jest mną. Ale skoro już miałam plan, to go zrealizuję. Będę się interesować, dociskać, dopytywać, przypominać, nie odpuszczać. Efekt – oczywiście żaden. Napór rodzi upór. Intensywna kontrola jest dobra w stacji obsługi pojazdów, ale nie wobec dziecka. Wobec nikogo zresztą.

Ja też nie odrobiłam lekcji. Kluczem do dziecka jest rozumienie i przyjęcie jego poglądów, pójście za zainteresowaniami. Ambicje i niespełnienia rodzica powinny zostać przy rodzicu. Skoro mam szansę z tak fantastycznym i innym ode mnie człowiekiem iść przez świat, to powinnam dać mu rękę i trochę prowadzić, a trochę dać się poprowadzić.

Odpuściłam – nam obu. Dużo rozmawiałyśmy. A potem zaufałam i przestałam sprawdzać i popychać.

Ostatnie zebranie w tym roku. Wychowawczyni przeprasza za spóźnienie. „Rada się przeciągnęła, bo jedna z nauczycielek sprawdzała jeszcze pracę dziecka, które chciało mieć 6 na koniec roku…”. Lekuchne uczucie zazdrości – a więc tak się dzieci starają! „…i ma…” – tu wychowawczyni spogląda na mnie „…Kalina świadectwo z wyróżnieniem”.

Dumna z niej jestem. Bardzo. I trochę z siebie. Mnie też się należy czerwony pasek – najbardziej w całej życiowej edukacji.

Agnieszka

O spełnionych marzeniach, które nie są laurami do spoczywania

 

Rozmawiam z chrzestnym synem. Wspaniale mieć chrzestnego syna, zwłaszcza kiedy się wciąż jeszcze nie ma własnego.

– Co słychać? – zagajam na zachętę.

– A wiesz? Czuję się szczęśliwy i spełniony.

– I jak ci z tym jest?

– Ekstra! Ciągle się cieszę! Tak dobrze mi się żyje! Poodpuszczałem sobie denerwowanie się na to, na co nie mam wpływu i zrobiło mi się lżej.

– Moja krew! – orzekam z zadowoleniem. – Ja też jestem szczęśliwa i spełniona.

Zeszły rok dał mi trzy ważne wydarzenia. Napisałam z Agnieszką książkę. Urodziłam z mężem córkę. Kupiliśmy DOM i zamieszkaliśmy w nim. I wiesz? Jak ja umiem się tym cieszyć!… Nowym postępem niemowlaka. Nowym czytelnikiem na fanpage’u. Nową rośliną w ogrodzie. I to wcale nie jest kwestia novum – bo gdy z ziemi wychynęła pięćdziesiąta roślina, a niemowlak danego dnia nie zrobił żadnego milowego kroku, przyjaciółka i facet wciąż ci sami – moja radość wcale nie maleje. Cieszę się wtedy ze szpaleru roślin, i z tego że Tycia zdrowo się chowa, i uśmiecha najpiękniej na świecie. Że mam fajnych, żywych bliskich. Jak jest deszcz, to się cieszę, że nie trzeba będzie wieczorem podlewać. Jak nie ma deszczu – to się cieszę, bo podlewanie jest fajne (jakaż moc sprawcza! Jakimś się jest dobrym panem, napajając całą tę zieleń!).

­– Ty jesteś dla mnie wańka-wstańka. Życie cię kładzie, a ty niezmiennie wstajesz, za każdym razem!

– No bo co tak leżeć? Ja nie mam czasu na leżenie…

– Wiesz, są tacy, co mówią, że lepiej mieć do czego dążyć, niż już to mieć, bo jak dążysz, to się rozwijasz, masz motywację, idziesz do przodu, uczysz się…

– Ja nie lubię dążyć. Lubię mieć pospełniane!

– Ja też!

– Zresztą jedno nie wyklucza drugiego. Można być szczęśliwym i dalej się rozwijać.

– Właśnie. I jeszcze promieniować na innych. Zarażać.

– O, to to.

Pogloryfikowaliśmy sobie jeszcze (szczerze!) więzi rodzinne, życie, pracę i podróże, i zakończyliśmy, pozostając radzi, że tak zgodnie pławimy się w swych szczęściach.

 

Relacjonuję rozmowę mężowi. On też się uważa za szczęśliwego i umie cieszyć: dziećmi, domem, deszczem, lasem. Jest jednak wyznawcą dążenia.

– Ja nie jestem spełniony. Ja jeszcze chciałbym wiele osiągnąć. – I choć jest sobotni ranek, dopija kawę, robi sobie kanapki i idzie popracować.

Aktywista. Taki model człowieka szczęśliwego w działaniu. Też bardzo pięknie.

Paulina

Mądrość nie przychodzi z wiekiem

Nadmorskie wakacje na początku czerwca. Bardzo przyjemny hotel, który jeszcze przed chwilą był ośrodkiem wczasowym dającym wytchnienie pracownikom przemysłu włókienniczego lub hutnikom. Po dawnym zostało niewiele śladów: solidne oka metalowej siatki, kilka zarośniętych ścieżek, gdzie pośród trawy widać zarys betonu w kształcie rombów, drewniane oprawki mlecznych kloszy na stołówce (wtedy), czyli sali restauracyjnej (dziś). Poza tym nieskazitelna biel budynków, drzwi otwierane kartą magnetyczną, proste i eleganckie ramy szerokich łóżek, nad którymi wiszą niezobowiązujące obrazy o neutralnej tematyce i kolorze spasowanym z kapami i obiciami foteli przy stoliku kawowym. W lipcu i sierpniu będzie tu odpoczywać dostatnia Warszawa z dziećmi w wieku szkolnym. Teraz zaś morską bryzą cieszą się emeryci i renciści, którzy korzystają z atrakcyjnych pakietów „Senior przed sezonem”.

Po kilku dniach oprócz opalenizny i odpowiedniej dawki jodu zyskuję także sporą porcję wiedzy o świecie. Wiedzy praktycznej – jak wygląda życie, gdy jest już czas na wszystko i można się cieszyć sobą – to znaczy nim lub nią.

Wszystko zostało powiedziane. Więc nie rozmawiają. Wcale. Na ławce przed hotelem, przy restauracyjnym stoliku, na leżakach ustawionych na piachu – bez słów. Cisza może być z tych „przed burzą” – wybrzmi jak u pary typu „Wspólny cel”. Może też wynikać z nawyku – tak bardzo do siebie przywykają, tak się upodabniają, że przestają się zauważać. „Jaki wazonik na stoliku? Nie pamiętam… A, ten, no mam go od ’64, stoi i się kurzy, to nawet zapomniałam, że jest. Bo zawsze był”.

Wspólny cel. Wzajemna nienawiść jest motorem życia.
– Wracaj do auta, okularów nie wzięłam.
– Zawsze to samo. Zawsze. No się nie nauczysz. Nigdy.
– No i po co stękasz? Stękać to umiesz. Wracaj, mówię.
– To sobie przypomnij, czego jeszcze zapomniałaś. Bo cały dzień tak będę chodził.
– Przynajmniej tyle ruchu masz.
– Żebym ja ci…
– Zaraz powiesz coś, czego możesz żałować. I pożałujesz…

Podwójne duety. Pary, które występują w parach. Ona i on plus ona i on. One trzymają się razem, oni też. Układ wydaje się bez wad. Warunek – o dobrych przyjaciół trzeba się postarać przed emeryturą. Jakieś 30 lat wcześniej.

Na wnuczka. Szczęśliwcy, którzy dostali zadanie – nie muszą się zajmować sobą, bo do opieki mają młode pokolenie. To ich angażuje i wysuwa się na pierwszy plan. A dalej, choć w przytłumiony sposób, któryś z wcześniej opisanych typów.

A co się dzieje w grupach jednorodnych płciowo? Najczęstsze zestawienie to trzy koleżanki (dwie to mogą być te z podwójnych duetów), a najczęstszy temat rozmów – znajoma, która ma partnera.
– Nie, Krysia to się nie umówi z nami. Siedzi z tym swoim. Tak, w sanatorium. No, udało się jej, wiadomo, jaka tam konkurencja. Czy ja wiem?… Zwyczajny taki. No ale jest, to najważniejsze.

Spotkałam też kilka starszych pań, które pojedynczo odpoczywały. No, prawie. Towarzyszyły im psy. Wyglądali na zżytych.

Potwierdziła się teoria, że niezagospodarowany emeryt jest jak jednorożec – twór hipotetyczny. Żadnego samotnego pana nie widziałam.

Wnioski?
Człowiek jest istotą stadną.
Mądrość nie przychodzi z wiekiem. W ogóle chyba nie przychodzi.
Wiek emerytalny nie powinien być obniżony.

Agnieszka

Pani tak jak ja wczoraj

– Pani tak jak ja wczoraj! – zaczepia mnie staruszka; tym razem mnie, prawdziwą Paulinę, nie twór literacki. Idę zieloną uliczką na pocztę, pcham wózek z Teresą, frasuję się, ile policzy mechanik za zabrany rano samochód. A jeszcze do urzędu i przychodni trzeba jechać, truskawek kupić na dżemy, tańsze już nie będą. Na poczcie pewnie kolejka… Ile wytrzyma Teresa? Aż się gorąco robi od samonamnażających się list sprawunków.

Starsza pani specjalnie przechodzi przez ulicę, żeby mnie zagadnąć.

– Pani tak jak ja wczoraj! – Wskazuje na moją przygrubą kurtkę, którą to wdziewam, to rozpinam, to przewieszam przez rączkę wózka. – Wczoraj zimno było, ubrałam się ciepło, a to tak raz przygrzewało, raz odpuszczało i chłodem wionęło.

Wcale to nie jest staruszka, starsza pani raczej, sweter w róże i spodnie w kant.

– Wczoraj był zimny wiatr – potwierdzam i ucieszam ją. Już jesteśmy w komitywie, przeszłyśmy przez to samo, zmienność pogody, zasadzkę wiatru. Biblijne panny roztropne w za ciepłych kurtkach.

I zaraz myślę, że to zdanie, które mi niosła przez ulicę jak sztandar, to jest zdanie o wszystkim. Jakieś „wczoraj” temu ona też pchała wózek z jakąś Teresą, robiła dżemy, słała listy, biegała w jakichś sprawunkach. Jakieś „jutro” ja też włożę sweter w róże i zaprasuję spodnie w kant, na przekór memu pomarszczonemu ciału.

Pani tak jak ja jutro. Ciąg życia. Nieuchronna zmienność pogody.

Paulina

 

 

Od dziecka nie lubię dzieci

Magda miała dobre dzieciństwo. Niespecjalnie zapracowani rodzice. Siostra. Babcia. Do przedszkola jej nie posłano, bo babcia zaoferowała swą pomoc. W szkole szło jej świetnie, więc między nią a niemal całą resztą klasy szybko napełniła się przepaść rezerwy. Dużo czytała, więc mało wychodziła na podwórko. Mało wychodziła na podwórko, więc nie znała dzieci z osiedla ani podwórkowych zabaw. Kiedy szli z rodzicami w gości, modliła się w duchu, żeby tylko na miejscu nie było żadnych dzieci. Dzieci były nieprzewidywalne, takie jakieś zbyt ruchliwe. Znały brzydkie słowa, rechotały z durnych dowcipów, robiły różne niepokojące popisy gimnastyczne.

O niebo wolała dorosłych. Na nich umiała wywierać dobre wrażenie płynnie recytowanymi wierszykami, nienagannymi manierami, apetytem, który zawsze jej dopisywał. Można było z nimi ciekawie porozmawiać. Nie krzyczeli. Nie biegali.

Jedynym dzieckiem w dorosłym świecie Magdy (starsza siostra się nie kwalifikuje) była przyjaciółka z ławki Jagoda. Szkopuł w tym, że… także taka stara-maleńka.

Musiało minąć wiele lat i wiele doświadczeń, by Magda na fotelu psychoterapeuty, opisując swe bieżące bolączki, dokonała zdumiewającego odkrycia: Od dziecka nie lubię dzieci…

 

Czy taką deklarację może wygłosić „normalna” kobieta? Dziwaczka, singielka lokująca swe uczucie w przedmiotach i zwierzętach – pewnie tak. Ultranowoczesna korporacyjna pracoholiczka – też. Lesbijka czy, nie daj Bóg, dżender jakiś – kto je tam wie. Ale spełniona – i na ogół szczęśliwa – mama, żona, przyszywana i rodzona ciotka, chrzestna, koleżanka otoczona znajomymi z dziećmi?…

Powiedzieć niby można. Ale czy wypada? I co z tego może wyniknąć?

 

Co innego, jeśli to facet ma jakiś problem z dziećmi. Wiadomo: nie ma do tego drygu, nie musi mieć. Akurat nie tego wymagamy od nich przede wszystkim – choć i to się zmienia.

Wyobraźmy sobie sytuację, jakich teraz wiele. Małżeństwa się rozpadają, rozbitkowie na nowo szukają partnerów. On znajduję kobietę z dziećmi z poprzedniego związku. Nie przepada za nimi. Szuka okazji do spotykania się tylko z nią, bez dzieci, a gdy związek nabiera poważniejszych barw – ociąga się z decyzją o zamieszkaniu razem. „No bo te twoje dzieci…”. Żywe wspomnienia o byłym facecie mojej kobiety. Upiory przeszłości. Dobitne znaki, że ona miała kiedyś życie seksualne z innym.

Gdy na babskim spotkaniu, po dwóch lampkach rozluźniającego wina ona nabierze odwagi do zwierzeń, koleżanki mówią „no tak, ale wiesz, nie można mieć wszystkiego, ciesz się, że w ogóle kogoś znalazłaś, w naszym wieku to już nie oczywistość”. Ona sama też potrafi go usprawiedliwić – ot, choćby przenosząc uwagę na aspekt, w którym amant jest lepszy: „Najważniejsze, że nie pije. Ma dobrą pracę, nie łajdaczy się”. Dopieszczona kobieta może odpuścić parę nawet ciężkich męskich grzechów.

A teraz ta sama historia w drugą stronę. Ona, bezdzietna, poznaje faceta z przeszłością. Wymowną przeszłością. Powiedzmy – dwójką dzieci, które po rozwodowych rozgrywkach przypadły w udziale jemu – całkowicie lub w toku opieki naprzemiennej.

Czy ona musi je lubić?…

Ano właśnie, wydaje się światu, że musi. Bo kobieta powinna przecież być ciepła i dobra. Mieć instynkt macierzyński, a przynajmniej opiekuńczy. Niczym mgiełkę perfum roztaczać wokół siebie i nad nimi troskliwość, zrozumienie, uśmiech.

Chwileczkę… Dlaczego zatem w baśniach wszystkie macochy są ZŁE?…

Baśnie to wielka mądrość zaklęta w opowieści. Baśnie wiedzą, że cudze dzieci kocha się trudno, a najczęściej wcale się ich nie kocha, mniej więcej z tego samego powodu, z którego cudze pisklęta bywają wyrzucane z gniazda. Biologia. A w przypadku nas, ludzi – także emocje. Serce ludzkie jest cudownie podzielne i zmieści nie jedną, a kilka stuprocentowych miłości do najbliższych. I co z tego, skoro czas im poświęcany już się tak cudownie nie mnoży?…

Oto przemilczany dramat wielu rodzin patchworkowych. Można się w nich zachowywać przyzwoicie w sposób naturalny albo przybierając różne wdzięczne pozy. Prawda jest jednak taka, że w parę dobierają się dorośli partnerzy, dookoła nich zaś mogą się we wszystkie strony kłębić różne anse, małe zazdrości, zadry i zdrady. Dzieci mogą nie polubić chłopaka mamy lub dziewczyny taty. Chłopak mamy może polubić tylko jej małą słodką córkę, a naburmuszonego nastoletniego syna już nie. Dziewczyna taty może wcale nie lubić jego dzieci, tak niefortunnie podobnych do swej niemiłej mateczki. Oczywiście, można próbować się zmienić, ułożyć te niełatwe relacje – gładkie te słowa jednak wdzięcznie milczą o tym, jak tytanicznej to wymaga pracy z gatunku tych najgorszych: nad sobą samym…

 

Magda się nie oszukuje, że zbawi cały świat. Nie chce (już) być świętą, chce tylko świętego spokoju we własnym sercu. Spokojnej akceptacji. Wyrugowania względem t y c h dzieci uczuć, jakie dotąd do nich żywi. Najkrócej można je zapisać symbolami, które w komiksowych chmurkach zastępują przekleństwa: &%$#§%$#§&.

 

Magda nie jest ani Płatkowską, ani Jeżem. Jest wraz z Jagodą bohaterką naszej książki Nie oddam szczęścia walkowerem, którą w drugim tomie poddamy takiej oto próbie zaakceptowania cudzych dzieci – próbie woli, ducha i miłości. Także tej własnej.

Powieść powstaje, życie się toczy… Tymczasem będzie nam miło, jeśli zechcecie tu, na naszym blogu, podzielić się z nami Waszymi opiniami i doświadczeniami.