Wesoły starszak

Dużo ostatnio jeżdżę na rowerze. Najczęściej po podwarszawskich okolicach, które intensywnie się rozbudowują. A skoro przybywa mieszkańców, to i rozmaitych punktów usługowych dla nich – dla tych najmłodszych i dla najstarszych też. Często więc widuję żłobki i przedszkola oraz domy spokojnej starości. No właśnie – spokojna starość. Spokojna, czyli bez większych emocji (jak spokojna dyskusja na przykład). Nie rzucająca się w oczy (spokojna elegancja – nienachalna). Cicha (spokojna ulica). Opanowana (spokojny charakter). Starość ma być zatem mało zauważalna, wycofana, nie sprawiająca problemów. Czasem, żeby było trochę cieplej, takie domy nazywa się domami „pogodnej jesieni”. Znowu jakaś nostalgia się odzywa – złota polska jesień z pogodą ducha się tu miesza. Spokój i równowaga u schyłku życia (przy okazji: pory roku są ciekawie wykorzystywane w określaniu etapu życia: wiosna, czyli młodość: był w siedemnastej wiośnie życia; lata nie ma, ale jest za to produkt lata – kwiat: być w kwiecie wieku; jesień i… zima już nie występuje, choć logicznie się w tym ciągu układa) – nuda i smutek. Żłobki za to – ho, ho, ho! Tu się dzieje: są kolorowe, wesołe, rozbrykane, rozśpiewane! Pogodne lub spokojne – nigdy!

A gdyby tak napisać: Dom wesołej starości. Dom późnego lata…

Pogodna wiosna i spokojna młodość   – no nie, raczej nie. Taki żłobek budziły zdziwienie.

W nazwach, do których przywykliśmy, kryje się więcej, niż mogłoby się wydawać. Czy one pokazują, jak naprawdę widzimy świat, czy widzimy świat tak, jak one nam sugerują?…

A do mnie wciąż wracają słowa mojego teścia, lat 94: „Nie mogę się nadziwić, jak to jest. Widzę zmarszczki w lustrze. Czasem nie mogę skarpetek założyć. Jak mnie to złości! Przecież w środku jestem taki sam, wciąż taki sam. Młody! Czuję się na czterdzieści lat, nie więcej”.

Wesoły starszak.

AJ

 

Reklamy