Czerwony pasek dla matki

„Naprawdę jest coś ważniejszego niż odrabianie lekcji?” ; „Gdybyś się wcześniej do tego zabrała, to teraz by nie było problemu, ale nie, ty wiesz lepiej”; „Ja w twoim wieku…”.

Kto tak jęczał jak zdarta płyta? Ja. Komu? Córce. Wstyd? Tak.

Kiedy urodziłam Kalinę, przeczytałam wiele poradników na temat rodziciestwa. Wchłonęłam teorię, choć przecież nie musiałam – moja córka będzie taka jak ja. A skoro tak, to instrukcja obsługi mi niepotrzebna. Moje oczy, moje włosy, moja twarz. Taka do mnie podobna. Więc będzie się pilnie uczyć, po szkole od razu siadać do lekcji i zastanawiać, czym by tu jeszcze matkę ucieszyć. I, proszę, zdziwienie – Kalina nie jest mną. Ale skoro już miałam plan, to go zrealizuję. Będę się interesować, dociskać, dopytywać, przypominać, nie odpuszczać. Efekt – oczywiście żaden. Napór rodzi upór. Intensywna kontrola jest dobra w stacji obsługi pojazdów, ale nie wobec dziecka. Wobec nikogo zresztą.

Ja też nie odrobiłam lekcji. Kluczem do dziecka jest rozumienie i przyjęcie jego poglądów, pójście za zainteresowaniami. Ambicje i niespełnienia rodzica powinny zostać przy rodzicu. Skoro mam szansę z tak fantastycznym i innym ode mnie człowiekiem iść przez świat, to powinnam dać mu rękę i trochę prowadzić, a trochę dać się poprowadzić.

Odpuściłam – nam obu. Dużo rozmawiałyśmy. A potem zaufałam i przestałam sprawdzać i popychać.

Ostatnie zebranie w tym roku. Wychowawczyni przeprasza za spóźnienie. „Rada się przeciągnęła, bo jedna z nauczycielek sprawdzała jeszcze pracę dziecka, które chciało mieć 6 na koniec roku…”. Lekuchne uczucie zazdrości – a więc tak się dzieci starają! „…i ma…” – tu wychowawczyni spogląda na mnie „…Kalina świadectwo z wyróżnieniem”.

Dumna z niej jestem. Bardzo. I trochę z siebie. Mnie też się należy czerwony pasek – najbardziej w całej życiowej edukacji.

Agnieszka

Reklamy

Od dziecka nie lubię dzieci

Magda miała dobre dzieciństwo. Niespecjalnie zapracowani rodzice. Siostra. Babcia. Do przedszkola jej nie posłano, bo babcia zaoferowała swą pomoc. W szkole szło jej świetnie, więc między nią a niemal całą resztą klasy szybko napełniła się przepaść rezerwy. Dużo czytała, więc mało wychodziła na podwórko. Mało wychodziła na podwórko, więc nie znała dzieci z osiedla ani podwórkowych zabaw. Kiedy szli z rodzicami w gości, modliła się w duchu, żeby tylko na miejscu nie było żadnych dzieci. Dzieci były nieprzewidywalne, takie jakieś zbyt ruchliwe. Znały brzydkie słowa, rechotały z durnych dowcipów, robiły różne niepokojące popisy gimnastyczne.

O niebo wolała dorosłych. Na nich umiała wywierać dobre wrażenie płynnie recytowanymi wierszykami, nienagannymi manierami, apetytem, który zawsze jej dopisywał. Można było z nimi ciekawie porozmawiać. Nie krzyczeli. Nie biegali.

Jedynym dzieckiem w dorosłym świecie Magdy (starsza siostra się nie kwalifikuje) była przyjaciółka z ławki Jagoda. Szkopuł w tym, że… także taka stara-maleńka.

Musiało minąć wiele lat i wiele doświadczeń, by Magda na fotelu psychoterapeuty, opisując swe bieżące bolączki, dokonała zdumiewającego odkrycia: Od dziecka nie lubię dzieci…

 

Czy taką deklarację może wygłosić „normalna” kobieta? Dziwaczka, singielka lokująca swe uczucie w przedmiotach i zwierzętach – pewnie tak. Ultranowoczesna korporacyjna pracoholiczka – też. Lesbijka czy, nie daj Bóg, dżender jakiś – kto je tam wie. Ale spełniona – i na ogół szczęśliwa – mama, żona, przyszywana i rodzona ciotka, chrzestna, koleżanka otoczona znajomymi z dziećmi?…

Powiedzieć niby można. Ale czy wypada? I co z tego może wyniknąć?

 

Co innego, jeśli to facet ma jakiś problem z dziećmi. Wiadomo: nie ma do tego drygu, nie musi mieć. Akurat nie tego wymagamy od nich przede wszystkim – choć i to się zmienia.

Wyobraźmy sobie sytuację, jakich teraz wiele. Małżeństwa się rozpadają, rozbitkowie na nowo szukają partnerów. On znajduję kobietę z dziećmi z poprzedniego związku. Nie przepada za nimi. Szuka okazji do spotykania się tylko z nią, bez dzieci, a gdy związek nabiera poważniejszych barw – ociąga się z decyzją o zamieszkaniu razem. „No bo te twoje dzieci…”. Żywe wspomnienia o byłym facecie mojej kobiety. Upiory przeszłości. Dobitne znaki, że ona miała kiedyś życie seksualne z innym.

Gdy na babskim spotkaniu, po dwóch lampkach rozluźniającego wina ona nabierze odwagi do zwierzeń, koleżanki mówią „no tak, ale wiesz, nie można mieć wszystkiego, ciesz się, że w ogóle kogoś znalazłaś, w naszym wieku to już nie oczywistość”. Ona sama też potrafi go usprawiedliwić – ot, choćby przenosząc uwagę na aspekt, w którym amant jest lepszy: „Najważniejsze, że nie pije. Ma dobrą pracę, nie łajdaczy się”. Dopieszczona kobieta może odpuścić parę nawet ciężkich męskich grzechów.

A teraz ta sama historia w drugą stronę. Ona, bezdzietna, poznaje faceta z przeszłością. Wymowną przeszłością. Powiedzmy – dwójką dzieci, które po rozwodowych rozgrywkach przypadły w udziale jemu – całkowicie lub w toku opieki naprzemiennej.

Czy ona musi je lubić?…

Ano właśnie, wydaje się światu, że musi. Bo kobieta powinna przecież być ciepła i dobra. Mieć instynkt macierzyński, a przynajmniej opiekuńczy. Niczym mgiełkę perfum roztaczać wokół siebie i nad nimi troskliwość, zrozumienie, uśmiech.

Chwileczkę… Dlaczego zatem w baśniach wszystkie macochy są ZŁE?…

Baśnie to wielka mądrość zaklęta w opowieści. Baśnie wiedzą, że cudze dzieci kocha się trudno, a najczęściej wcale się ich nie kocha, mniej więcej z tego samego powodu, z którego cudze pisklęta bywają wyrzucane z gniazda. Biologia. A w przypadku nas, ludzi – także emocje. Serce ludzkie jest cudownie podzielne i zmieści nie jedną, a kilka stuprocentowych miłości do najbliższych. I co z tego, skoro czas im poświęcany już się tak cudownie nie mnoży?…

Oto przemilczany dramat wielu rodzin patchworkowych. Można się w nich zachowywać przyzwoicie w sposób naturalny albo przybierając różne wdzięczne pozy. Prawda jest jednak taka, że w parę dobierają się dorośli partnerzy, dookoła nich zaś mogą się we wszystkie strony kłębić różne anse, małe zazdrości, zadry i zdrady. Dzieci mogą nie polubić chłopaka mamy lub dziewczyny taty. Chłopak mamy może polubić tylko jej małą słodką córkę, a naburmuszonego nastoletniego syna już nie. Dziewczyna taty może wcale nie lubić jego dzieci, tak niefortunnie podobnych do swej niemiłej mateczki. Oczywiście, można próbować się zmienić, ułożyć te niełatwe relacje – gładkie te słowa jednak wdzięcznie milczą o tym, jak tytanicznej to wymaga pracy z gatunku tych najgorszych: nad sobą samym…

 

Magda się nie oszukuje, że zbawi cały świat. Nie chce (już) być świętą, chce tylko świętego spokoju we własnym sercu. Spokojnej akceptacji. Wyrugowania względem t y c h dzieci uczuć, jakie dotąd do nich żywi. Najkrócej można je zapisać symbolami, które w komiksowych chmurkach zastępują przekleństwa: &%$#§%$#§&.

 

Magda nie jest ani Płatkowską, ani Jeżem. Jest wraz z Jagodą bohaterką naszej książki Nie oddam szczęścia walkowerem, którą w drugim tomie poddamy takiej oto próbie zaakceptowania cudzych dzieci – próbie woli, ducha i miłości. Także tej własnej.

Powieść powstaje, życie się toczy… Tymczasem będzie nam miło, jeśli zechcecie tu, na naszym blogu, podzielić się z nami Waszymi opiniami i doświadczeniami.