O wolności i potrzebie słuchania

Przeglądając internet, trafiłam na reklamę zabawki przytrzymującej dziecku smoczek. Koniec nieprzespanych nocy! – krzyczała reklama. – Twój maluszek już nigdy nie zgubi smoczka podczas snu!

A ja się mocno wzdrygnęłam. Wszystko, co mi pachnie ubezwłasnowolnieniem, nawet w takim wymiarze jak przytrzymywanie noworodkowi smoczka w ustach, powoduje we mnie właśnie takie wzdrygnięcie. I zupełnie nieusprawiedliwiające wydaje mi się to, że mały człowiek niby niczego z tego okresu nie zapamięta. A jeszcze do tego udawanie, że przytwierdzony do smoczka pluszaczek jest dla dobra dziecka, a nie dla świętego spokoju rodziców – to już grubymi nićmi szyta obłuda.

Ciekawe, że choć mojej wolności szczęśliwie nic poważnego dotąd nie zagrażało, bardzo ją sobie cenię. Lubię decydować w sprawach błahych i ważnych, niekoniecznie sama i autorytatywnie, lecz chociaż WSPÓŁdecydować. Pomyślcie, jaka to przyjemność SAMOSTANOWIĆ!… Ten dreszczyk zadowolenia, kiedy idziemy na górski spacer i na rozstaju dróg z malowniczym słupem z tabliczkami wskazującymi dokąd i w jakim czasie można się stamtąd dostać – wybieramy, co dalej.

Oczywiście częściej mamy już uprzednio obmyślony plan, gdzie pójdziemy, lecz to nie zmienia faktu: wybraliśmy go. Jest nasz.

„Mieć wpływ” daje wiarę w swoje możliwości, wiatr w żagle, siłę, odwagę, przekonanie do tego, co się robi. Jako mama mam ostatnio nie lada zagwozdkę pod tytułem „do jakiego stopnia słuchać dziewięcioletniego dziecka i przystawać na jego propozycje”. Rzecz się tyczy długiego już kryzysu chodzenia do szkoły muzycznej. „Taka zdolna!!!” – trąbi tata i nauczyciele. „Nienawidzę tego” – piłuje dziecko. „Nie ma w tej szkole ucznia, który nie przechodziłby przez taki kryzys. Trzeba przetrzymać” – grono pedagogiczne wykazuje w tej koncepcji zadziwiającą zgodność. Tata tendencyjnie podsuwa artykuły o różnych Pendereckich, którzy dostawali pieniądze od dziadka, byle tylko ćwiczyć. A ja widzę dziecko ćwiczące bez pasji, rzępolące bez żaru, proszące, by machnąć ręką na zdolności i móc już tam nie chodzić.

I co?… A jak odpuszczę, a potem mi powie, że nie było we mnie wsparcia i zmarnowałam jej potencjał? Przekreślę w niej Pendereckiego i jedną z fajnych opcji wolnego zawodu?

Autorka Jeż właściwie w każdej naszej książce (dla przypomnienia – są już trzy!) przemyca prawdę o wolności i akceptacji w związku; o pięknie przyjmowania drugiego człowieka takim, jaki jest. Rzecz jasna z dziećmi, które mamy między innymi wychować, sprawa jest nieco „skomplikowańsza” – ale słuchajmy ich. Nawet jeśli czasem nie wiemy, co z tym fantem zrobić, jeśli się trzeba będzie myślowo pogimnastykować.

W ogóle słuchajmy siebie nawzajem, a nie tylko swoich wewnętrznych podszeptów i tego, co nam w słuchawkach przez kabel z telefonu gra.

 

Płatkowska

 

Reklamy

Ginąca umiejętność krytyki

Dziś – o krytyce. Nikt jej nie lubi przyjmować. Wielu (ja!) ma niemały kłopot z jej wyrażaniem. Problem sprawia także dobór właściwego „aparatu krytycznego”, czyli oręża, które zamierzamy wytoczyć na… właśnie! Nie: na wroga. Na bliźniego. Gdybyśmy pamiętali, że ten poddany naszej krytyce człowiek po drugiej stronie biurka/mejla/słuchawki telefonu to nie wróg a bliźni, to może też uświadamialibyśmy sobie także, że często wystarczy go nieco subordynować, a nie z miejsca oskarżać i wytykać paluchem.

Ale zanika nie tylko owa stosowność, delikatność, właściwa miara u krytykującego. Zanika przede wszystkim – może wraz z etosem rzetelnej pracy, uczciwości, sumienności? – umiejętność przyjmowania krytyki w sposób godny, spokojny, ze wniesieniem się ponad oczywiste uczucie przykrości i zmuszenie się do namysłu, czy aby nie jest ona słuszna. Bardzo nielicznych stać na tę postawę. Krytyka przyjmowana jest bezrefleksyjnie jako atak, na który trzeba odpowiedzieć kontratakiem. Nie konstruktywnym poszukaniem rozwiązania, nie wyjaśnieniem swego punktu widzenia lub motywacji, tylko agresywnym „a u was biją murzynów” – żeby tylko oddalić zarzuty od siebie, przenieść uwagę krytykanta na cokolwiek innego.

Oczywiście nie każdy może pozwolić sobie na luksus widowiskowej wściekłości. Relacje szef – podwładny czy klient – telemarketer zawsze pozostaną w określonej względem siebie zależności. I tu jednak łatwiej pójść drogą na skróty i zamiast zastanowić się, czy zarzuty były zasadne – dać sobie upust ciężkim słowem, wylać gniew na czepialskiego szefa czy frustrację na głupiego klienta gdzieś poza ich zasięgiem. I znów bezrefleksyjnie. Znów oddalając zarzuty od siebie.

A przecież aby dyskusja rozwijała się prawidłowo i prowadziła do określonych wniosków, trzeba wieść ją świadomie i uważnie, z poszanowaniem rozmówcy. Podobnie ze współpracą. I wreszcie – podobnie z krytyką! Ona jest we wzajemnych relacjach potrzebna. Odpowiednio przyjęta, pomoże nam coś w sobie polepszyć.

Spróbujmy w formie ćwiczenia umysłowego pomyśleć o krytykujących jak o walecznych bojownikach o jakieś LEPIEJ. Bardzo rozmaite „lepiej”:

Ktoś zwraca uwagę właścicielowi psa, by ten po nim posprzątał.

Ktoś zwraca komuś uwagę, by nie śmiecił.

Ktoś zwraca komuś uwagę, by wywiązał się z obowiązków.

Ci czepialscy nie twierdzą, że sami są ideałami bez wad – ale na czymś im ZALEŻY. Pragną czystego trawnika, dobrze wychowanego młodego pokolenia, harmonijnie układającej się współpracy.

Czy to źle?…

A teraz ćwiczenie praktyczne. Obiecajmy sobie, że następnym razem, gdy dostaniemy od kogoś porcję krytyki, namyślmy się, czy nie ma w niej racji. Wytężmy się odrobinę i spójrzmy na siebie oczyma owego czepialskiego. A potem – spokojnie i rzeczowo – się do niej ustosunkujmy. Wyłączając emocje.

Może świat znów stanie się o małą cząstkę lepszy.

 

Płatkowska

 

Czerwony pasek dla matki

„Naprawdę jest coś ważniejszego niż odrabianie lekcji?” ; „Gdybyś się wcześniej do tego zabrała, to teraz by nie było problemu, ale nie, ty wiesz lepiej”; „Ja w twoim wieku…”.

Kto tak jęczał jak zdarta płyta? Ja. Komu? Córce. Wstyd? Tak.

Kiedy urodziłam Kalinę, przeczytałam wiele poradników na temat rodziciestwa. Wchłonęłam teorię, choć przecież nie musiałam – moja córka będzie taka jak ja. A skoro tak, to instrukcja obsługi mi niepotrzebna. Moje oczy, moje włosy, moja twarz. Taka do mnie podobna. Więc będzie się pilnie uczyć, po szkole od razu siadać do lekcji i zastanawiać, czym by tu jeszcze matkę ucieszyć. I, proszę, zdziwienie – Kalina nie jest mną. Ale skoro już miałam plan, to go zrealizuję. Będę się interesować, dociskać, dopytywać, przypominać, nie odpuszczać. Efekt – oczywiście żaden. Napór rodzi upór. Intensywna kontrola jest dobra w stacji obsługi pojazdów, ale nie wobec dziecka. Wobec nikogo zresztą.

Ja też nie odrobiłam lekcji. Kluczem do dziecka jest rozumienie i przyjęcie jego poglądów, pójście za zainteresowaniami. Ambicje i niespełnienia rodzica powinny zostać przy rodzicu. Skoro mam szansę z tak fantastycznym i innym ode mnie człowiekiem iść przez świat, to powinnam dać mu rękę i trochę prowadzić, a trochę dać się poprowadzić.

Odpuściłam – nam obu. Dużo rozmawiałyśmy. A potem zaufałam i przestałam sprawdzać i popychać.

Ostatnie zebranie w tym roku. Wychowawczyni przeprasza za spóźnienie. „Rada się przeciągnęła, bo jedna z nauczycielek sprawdzała jeszcze pracę dziecka, które chciało mieć 6 na koniec roku…”. Lekuchne uczucie zazdrości – a więc tak się dzieci starają! „…i ma…” – tu wychowawczyni spogląda na mnie „…Kalina świadectwo z wyróżnieniem”.

Dumna z niej jestem. Bardzo. I trochę z siebie. Mnie też się należy czerwony pasek – najbardziej w całej życiowej edukacji.

Agnieszka