Kto się oprze pokusie, gdy padnie pytanie: „Powróżyć? Chcesz poznać przyszłość?”.

Dziś życiowo i literacko. Fragment naszej najnowszej powieści, w której wczoraj postawiłyśmy ostatnią kropkę.

„Marzena siedziała w fotelu i chłonęła każdy element otoczenia. Czuła się jak w kokonie – poduchy były tak miękkie, że zapadła się w nie jak cukier sypnięty na piankę cappuccino. Żeby wstać, będzie potrzebowała pomocnej dłoni. Chyba że zrobi swoim udom test na wytrzymałość i sprawdzi, czy dzięki wytrenowaniu doprowadzą ją do pionu. Na razie nie zamierzała jednak zmieniać pozycji. Dopiero co usiadła. Z trudnym do ukrycia zafascynowaniem przyglądała się wystrojowi wnętrza. Ściany były fioletowe. Żaden tam subtelny pastelowy wrzos – kolor dawał po oczach jak sutanna biskupa. W interesujący sposób kontrastował z wyposażeniem, które – podobnie jak fotel – było bordowe. Tę barwę miał mały stolik kawowy postawiony przy fotelu i duży kredens, na którym pyszniły się szklane kule. Różnej wielkości, w różnych kolorach, jednakowo błyszczące. Jest co polerować, pomyślała Marzena. I każdy odcisk palca widać, jak na tych szafkach, które mama powiesiła w kuchni. Uprzedzałam ją, ale…

– Gnida i łajdak.

– Słucham? – Marzena została gwałtownie przywrócona do rzeczywistości. Dość specyficznej rzeczywistości.

– Gnida i łajdak, kochanieńka. Nie ma co owijać w satynę czy tam w bawełnę. Innej bym tak od razu nie powiedział, ale widzę, że ty to zniesiesz. Zresztą po co masz się męczyć? Czas ucieka, trzeba gdzie indziej inwestować. – Wróż Ambroży z przepraszającym dobrotliwym uśmiechem rozparł się w fotelu. Przed nim, na dużym czarnym biurku, leżały karty. – Ósemka kier, no niestety, kochanieńka.

– Ósemka to chyba nie tak źle. To trzynastka przynosi pecha.

– A jednak wyparcie. No typowe wyparcie. Serce i mózg się bronią, kochanieńka. To normalne. Ale musisz się z tym zmierzyć. Ósemka kier to źle. Najgorzej. Zdrada. On ma inną. To potwierdzone i pewne.

– Ale kto? Mareczek? Mój mąż?

– Tak. Ósemka kier to karta playboya.

– No to niemożliwe, że Mareczek. Bo Mareczek…

Ślubny stanął jej przed oczami. Niski, jej wzrostu. Twarz okrągła, rysy niskopienne, zdecydowanie mazowieckie. Włosy jak u sznaucera, sztywne, każdy w inną stronę. Obcięte na zapuszczonego jeża. No, oczy ładne, to prawda. Błękitne. Można się w nie zapatrzeć – jak to jej się zdarzyło. Dalej: sylwetka masywna, z genów, nie z treningów. Szerokie barki, powoli dorównująca im talia. Mareczek mógł się jednak podobać, zwłaszcza, gdy się odezwał, bo miał taki aksamitny, niski głos. I ubierał się młodzieżowo. Ale żeby playboy?…

– Ileż razy ja już to słyszałem! Że taki ciapciak, kluska ciepła, że tylko kapcie i pilot. Nie, nie, kochanieńka. Żona po prostu najmniej widzi i dowiaduje się ostatnia”.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s